Barwy Życia

bo życie ma wiele barw...

Konferencja kobiet dla kobiet

13 marca 2010, godz. 10:00 - 13:00, Warszawa, Teatr Roma, ul. Nowogrodzka 49

 

Jeśli chciałabyś umieścić swoją historię z życia

na tej stronie:  kliknij tutaj


Organizatorki konferencji zastrzegają sobie prawo do redakcji tekstów.

Od 27 lat jestem szczęśliwą i spełnioną żoną, od 26 lat - matką, od kilku także teściową. I od 1,5 roku najszczęśliwszą na świecie babcią! Mam też ukochanego kota Kacpra, chociaż on zachowuje się tak, jakbym to ja była jego własnością.

Jak znalazłam się w tym miejscu? Jak zaczęła się moja przygoda z Bogiem? Bóg, Biblia i kościół zawsze były istotnymi elementami mojego życia. Starałam się żyć zgodnie z tym, czego byłam uczona. Zawsze było we mnie wiele zdrowego strachu przed Bogiem. Również mój charakter (domatorka, troszkę samotnik, nieśmiała) przyczyniał się do tego, że moje życie było w miarę poprawne. Szkoła, dom, biblioteka... Kilka - równie grzecznych :-) - koleżanek i koledzy ze szkoły stanowili moje grono przyjaciół. Czas jednak spędzałam głównie z młodzieżą z kościoła (dodam, że był to kościół protestancki). Moje życie moralne i duchowe kształtowane było przez cenionych nauczycieli Pisma Świętego.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że moje nawrócenie dokonało się poprzez powolny proces duchowy zachodzący w moim życiu. Chciałam żyć z Bogiem. Inne życie absolutnie mnie nie pociągało. I chyba to spowodowało, że przyszedł taki moment, gdy zapragnęłam głośno wyrazić to, że chcę iść z Nim przez życie. Obudziło się we mnie pragnienie wyznania Mu swoich grzechów, przyjęcia Jego przebaczenia i zawierzenia Mu swojego życia w obecności drugiej osoby. Był to ogromny akt odwagi i determinacji z mojej strony, bo jestem introwertyczką i tego typu sytuacje mnie przerażają i paraliżują. Miałam wtedy 17 lat. Jezus Chrystus jest dla mnie Zbawicielem, Panem mojego życia, Przyjacielem.

Jeśli chodzi o doświadczanie Boga w moim życiu, to mogłabym to ująć słowami zawartymi w tytule pewnej książki – moje życie jest pełne Bożych cudów. Bóg przeprowadzał mnie przez wody – nie zalały mnie, przez pustynie – to one mnie umocniły, przez ogień – on mnie nie spalił (według fragmentu z 43 rozdziału Księgi Izajasza).

Szczególne Boże działanie w moim życiu? W pewnym momencie zaszwankowało moje zdrowie. Zaburzenia hormonalne dotknęły wszystkich możliwych kobiecych organów plus przysadki mózgowej. Modlitwy wielu osób sprawiły, że wszystkie zmiany stopniowo ustępowały. Do tego stopnia, że pewnego dnia przyszłam do szpitala na wyznaczony mi termin operacji i… w tym samym dniu zostałam wypisana do domu. To, co miało być obiektem pracy chirurgów, po prostu zniknęło! Takim Lekarzem jest mój Bóg.

Moje życie z Bogiem jest wspaniałą przygodą. Cały czas pielęgnuję swoją pierwszą miłość do Niego. Więcej – kocham Go stabilnie. Nie pozostaję na etapie euforii i zauroczenia. Nie pozwalam sobie na huśtawkę nastrojów i spadki wiary, ale dojrzewam duchowo, wzrastam w wierze, idę z Nim przez życie i zdobywam doświadczenie, służę Mu. Codziennie się Go uczę przez czytanie Jego Słowa i dostrzeganie wszelkich przejawów Jego działania w życiu moim i ludzi, których stawia na mojej drodze. Oddaję Mu chwałę jako Stwórcy.

Należenie do Boga daje mi poczucie bezpieczeństwa tu na ziemi. Wiem, że cokolwiek mnie spotka, jest pod Jego kontrolą. Należenie do Niego daje mi też pewność życia wiecznego. Należenie do Niego oznacza dla mnie również to, że moje życie ma być integralne. Istotą integralności są dla mnie słowa z Listu Jakuba (rozdział 1, werset 22): A bądźcie wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami, oszukującymi samych siebie.

Myślę, że moje życia jest wielokolorowe. Jest w nim czerwień miłości, zieleń nadziei, błękit nieba kojarzy mi się z marzeniami, żółć z ciepłem słońca, które rozświetla moje dni. Ale nie brakuje w tym życiu czerni bólu, rozpaczy, beznadziei, a także szarości codzienności, rutyny. I dużo by tu jeszcze kolorów wymieniać. Mój dobry Malarz namalował z tych kolorów całkiem piękny obrazek.


Walentyna Jarosz

Stracić wszystko za cudze długi


14 lipca 2004 roku miał odbyć się ślub mojego syna. Dwa dni przed tym wydarzeniem listonosz przyniósł nam list polecony z urzędu skarbowego. Wynikało z niego, że wspólnik mojego męża, któremu całkowicie ufaliśmy i za którego dalibyśmy sobie rękę uciąć, oszukiwał urząd. Mój mąż został więc wezwany do zapłacenia 86 tysięcy długu. Sądziliśmy, że to nieporozumienie i że sprawę łatwo da się wyjaśnić. Niestety, okazało się, że to prawda. Co gorsza, wspólnik wcale nie miał zamiaru płacić! I co mieliśmy robić? Skąd wziąć taką sumę? Sprzedać dom? Wziąć kredyt w banku? Stracić wszystko za cudze długi? Byliśmy bardzo zmartwieni. Płakałam, nie mogłam spać, modliłam się o odwrócenie nieszczęścia. Nie mogłam zrozumieć, jak Bóg mógł dopuścić do takiej niesprawiedliwości. Wtedy mój najmłodszy syn dał mi kartkę, na której napisał cytat z Listu do Hebrajczyków (rozdział 13, werset 6): „Śmiało więc mówić możemy, Pan jest wspomożycielem moim, nie ulęknę się. Bo cóż może mi uczynić człowiek?”. Poczułam spokój. Uświadomiłam sobie dwie sprawy. Po pierwsze, że wychowaliśmy dzieci na osoby ufające Bogu, po drugie, że powinnam mój problem powierzyć Bogu. Modlić się o takie rozwiązanie, jakie On uważa dla nas za najlepsze, nawet jeśli mielibyśmy stracić te pieniądze.

Z tego, co dotąd napisałam, wynika, że jestem osobą wierzącą. Urodziłam się w religijnej rodzinie. Od dziecka chodziłam do kościoła, odmawiałam modlitwy, lubiłam śpiewać pieśni kościelne i psalmy. Miałam własne wyobrażenie Boga: Starca z brodą siedzącego w Niebie na tronie i surowo liczącego moje grzechy, a poza tym niewtrącającego się w moje życie. Starałam się unikać grzechów, co oczywiście mi nie wychodziło. Pokutowałam więc i pościłam, ale i tak ciągle miałam poczucie winy. No i bałam się śmierci i potępienia.

Gdy miałam 15 lat, w czasie wakacji wyjechałam na obóz chrześcijański. Przeczytałam tam małą książeczkę „Cztery Prawa Duchowego Życia”. I wtedy dotarło do mnie, że dzięki krwi Chrystusa jestem zbawiona. Nie „będę”, ale „jestem”! Bo Bóg tak mnie kocha, że własnego Syna złożył w ofierze za moje grzechy. Na nic nie zdały się wszystkie moje umartwiania, pokuty, pielgrzymki czy inne starania. Ta jedna ofiara zmazała wszystkie moje winy. Dzięki niej jestem pojednana z Bogiem. Tylko Jezus jest jedyną drogą do zbawienia. W Ewangelii wg św. Jana Jezus mówi: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze mnie”. Kto zechce w to uwierzyć, jest zbawiony. Ja uwierzyłam. W modlitwie oddałam swoje życie Jezusowi. I zrozumiałam, że Bóg jest inny niż moje wyobrażenie o Nim. Aby Go lepiej poznać, zaczęłam czytać Pismo Święte. I zobaczyłam, że najważniejsze jest nie to, jak wierzę, ale osoba, w którą wierzę. Bóg jest jedyną osobą, która się nigdy nie zmienia, nigdy nie kłamie. Jeśli coś obiecał, to raz na zawsze. Mogę Mu więc bezwzględnie zawierzyć. Na człowieku, nawet najbardziej godnym zaufania, można się zawieść. Najlepiej świadczy o tym historia opisana na początku. Bóg sprawił, że wspólnik spłacił swój dług.

Na Bogu nigdy nie można się zawieść! Nie znaczy to wcale, że moje życie jest usłane różami. Ale od dnia, kiedy poprosiłam Jezusa o kierowanie moim życiem, widzę, że wszystko, co mnie spotyka, a jest zgodne z Jego wolą, jest dla mnie dobre.


Anna N.

Coś jednak powstrzymywało mnie od pełnego zaufania Bogu. Obawiałam się, że kiedy powierzę Mu swoje życie, On odbierze mi przyjemności i zmusi do bycia misjonarką – będę zniewolona.  Kiedyś słuchając wykładu skierowanego do dużej grupy młodzieży, miałam wrażenie, że Bóg mówi wprost do mnie. Uświadomiłam sobie, że On jest Panem wszystkiego. Nie potrzebuje mnie, bym Mu służyła – to ja jestem w beznadziejnej sytuacji, potrzebuję Jezusa, który umarł za mnie, potrzebuję przebaczenia, abym mogła mieć bliską więź z Nim. Wtedy to, w modlitwie, powierzyłam swoje życie Bogu: „Panie, przebacz mi moje winy, weź moje życie i prowadź mnie”.

Trzy miesiące później zmarł mój tata. Śmierć Ojca pozwoliła mi spojrzeć na życie z innej perspektywy. Zaczęłam się zastanawiać, jaki jest jego sens i cel. Moim nowym mottem stały się słowa C. S. Lewisa: „Wszystko, co nie jest wieczne, jest wiecznie nieaktualne”, a moją życiową pasją – poznawanie Boga i czynienie Go poznanym. Ukończyłam akademię sztuki, wyszłam za mąż, urodziłam siedmioro dzieci. Patrzenie na nie jako na piękno Bożego stworzenia dawało mi większą satysfakcję niż malowanie. Mój czas był wypełniony zajęciami domowymi i spotkaniami z ludźmi. Czasem, kiedy ktoś z znajomych artystów pytał mnie, czy wystawiam, opowiadałam: „Tak, pieluchy na balkonie”.

Kiedy najmłodsza córka poszła do szkoły, zaczęłam malować. Pięć lat temu odwiedziły mnie koleżanki. Uznały, że nie powinnam chować swoich obrazów i zorganizowały dla mnie wernisaż. To dało początek kolejnym wystawom. Podczas wernisaży i wystaw mam okazję opowiadać o działaniu Boga w moim życiu. Odkąd oddałam pędzel Bogu, malowanie sprawia mi radość na tyle, na ile zbliża mnie do ludzi. Jestem wdzięczna Bogu, że poznałam prawdę o Jego miłości, że jest hojnym dawcą, który powiedział: „Ja przyszedłem, aby dać wam życie i aby wasze życie było obfite”. Teraz mogę tworzyć rzeczy, które mają znaczenie, i wprowadzać piękno w dusze i w życie innych ludzi. Obserwuję to, co ukazuje mi Bóg, aby zaświadczyć o tym pędzlem.


Stefania Shaded

Cztery lata później przechodziłam w szpitalu mały zabieg. Wymagał on jednak narkozy. W trakcie przygotowań, w oszołomieniu, usłyszałam za swoją głową głos anestezjologa: „Zaraz pani zaśnie” i poczułam na czole wyraźny dotyk palca, znak krzyża. Tego się zupełnie nie spodziewałam, ale poczułam się w domu. Usnęłam. To zdarzenie bardzo mnie poruszyło. Człowiek, który mnie spotkał pierwszy raz, i pewnie ostatni, powierzył mnie w ważnej chwili Bogu. Chociaż zajmowali się mną ludzie zaufani i doświadczeni, to jednak mimo wszystko według niego potrzebny był krzyż – Chrystus.

Już na drugi dzień zaczęłam się poważnie zastanawiać nad miejscem Jezusa w moim życiu. Pytałam siebie: jakie są moje prawdziwe relacje z Jezusem? Kim On jest właściwie dla mnie? Czy Go wystarczająco znam i czy w pełni Mu ufam? Poczułam się przynaglona do działania, aby jak najszybciej zbliżyć się do Jezusa, otworzyć Mu drzwi. Zaraz dokładnie przemyślałam swoje grzechy z okresu wielu lat i wyznałam je przed Bogiem. Zaczęłam brać pełniejszy udział w liturgii mojego kościoła. Ciągle jednak nie czułam pełnego zadowolenia z mojego życia chrześcijanina, czegoś mi brakowało.

Kolejnym znakiem na mojej drodze umacniania wiary było, po kilku miesiącach, zetknięcie się z grupą interesujących kobiet. Byłam wtedy z mężem na weekendowym wypoczynku za miastem. Ze spotkanymi osobami łączyły nas co prawda tylko grzecznościowe rozmowy, ale pozytywnie mnie zaintrygowały. Jedna z pań utrzymała ze mną kontakt. Dzięki jej zachęcie wzięłam udział w ciekawej konferencji, na której przekonałam się, jak bliskie mojemu życiu może być Pismo Święte. Potem przyłączyłam się do małej grupy razem czytającej i poznającej Pismo.

Już na początku wspólne przeczytanie tekstu pt. „Cztery prawa duchowego życia” odsłoniło przede mną nowe światy. Pierwszy raz dowiedziałam się, że istotą chrześcijańskiego życia jest to, co Bóg czyni dla nas, w nas i przez nas, a nie to, co my robimy dla Boga. Uznałam nieskończoną moc Boga i Jego miłosierdzie. Po tym odkryciu odczułam ulgę i w pełni zawierzyłam Jezusowi. Studiowałam dalej Pismo Święte, starając się je zrozumieć. Opisane tam historie, takie jak spotkanie Jezusa z Nikodemem, utwierdzały mnie w przekonaniu, że trzeba narodzić się na nowo, by wejść do Królestwa Bożego. Wyjaśniło się wiele słabości mojej wiary. Zaczęłam ją umacniać dzięki poznawaniu faktów i obietnic zawartych w Piśmie Świętym. Uspokoiłam się. Poczułam się dzieckiem Bożym, prawdziwie i bezwarunkowo kochanym. Zaufałam więc Jezusowi całkowicie. Uznałam Go za mojego osobistego Pana i Zbawiciela, Osobę, której chcę powierzyć najważniejsze miejsce w moim życiu.

Nastąpiły dalsze zmiany. Zdecydowałam się na systematyczne studiowanie Pisma św. w grupie oraz na codzienne czytanie Słowa w domu. Autentycznie przejęłam się perspektywą zbawienia nie tylko mojego, ale i innych ludzi, bliskich, a nawet przypadkowo spotkanych. Odczuwam potrzebę rozmawiania z nimi o tym, dzielenia się swoją wiarą. Choć nie jest to łatwa rola, ćwiczę się w niej z Bożą pomocą. Jestem też przekonana, że Bóg będzie mnie nadal przemieniał i kształtował. Proszę Go o to, aby uczynił mnie taką, jaką chce, abym była. „Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe”. Te słowa z 2 Listu św. Pawła do Koryntian (rozdział 6, werset 17) są napisane o mnie. To jest moja historia.


Małgorzata Borecka

Kiedy świat stanął w miejscu


Są ludzie, którzy wprost uwielbiają zmiany, ale ja do nich nie należę. Najczęściej decyduję się jedynie na te, które są absolutnie konieczne. Jednak przez ostatnie lata musiałam zaakceptować ich sporo. Choć sama nie wybrałabym takiego scenariusza życia, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zmiany te przyniosły więcej dobrego niż złego. Konieczność zmierzenia się z trudną sytuacją zmusiła mnie do przetestowania fundamentu, na jakim buduję swoje relacje, poczucie wartości i wiarę.

W grudniu 2006 roku w gabinecie chirurga w Centrum Onkologii usłyszałam diagnozę, którą boi się usłyszeć chyba każdy człowiek. Wykryto u mnie nowotwór złośliwy i potrzebna była natychmiastowa operacja, potem chemioterapia i naświetlania. Oczywiście przeżyłam szok. Tym bardziej, że zmiany chorobowe były bardzo małe i niewyczuwalne. Ujawniły się podczas profilaktycznych badań USG. Jestem zdania, że nie należy uciekać przed prawdą, tylko próbować się z nią zmierzyć. Ale jak tu udźwignąć coś takiego? To prawdziwy kryzys życiowy. Jak znaleźć wystarczająco dużo siły, nadziei i wiary, żeby przez to przebrnąć. Świat jakby stanął w miejscu, a ja próbowałam się z tym wszystkim uporać.

Wiedziałam, że muszę patrzeć na to, co się dzieje, z właściwej perspektywy. W leczeniu olbrzymie znaczenie ma to, jak pacjent znosi psychicznie cały ten proces. Czy umie pogodzić się ze stratami, jakie on niesie. Czy w końcu potrafi dostrzec też szanse, jakie stwarza to doświadczenie, odkryć korzyści, jakie paradoksalnie z niego płyną.

Muszę zaznaczyć, że nie należę do niepoprawnych optymistów, znalazłam jednak ogromne pokłady nadziei i siły do walki z chorobą. Czerpałam je z więzi z Bogiem. I tu jak wiadomo nie jestem wyjątkiem. Jednak po rozmowach z wieloma innymi pacjentkami odkryłam, że jest pewna różnica. Myślę, że o wiele łatwiej jest ufać Bogu, z którym mamy osobistą więź, którego poznawanie uczyniliśmy priorytetem swojego życia dużo wcześniej.

Moją relację z Bogiem rozpoczęłam w wieku 19 lat. Byłam wtedy bardzo zagubioną, szukającą celu w życiu osobą. Chciałam, by ktoś pomógł mi odnaleźć równowagę w życiu. Szukałam jej w książkach filozoficznych, poznając różne orientalne religie. Ale ostatecznie odnalazłam ją w Jezusie Chrystusie. Przeczytałam Ewangelie i byłam pod wrażeniem Jego nauczania i stylu życia. Jednak choć starałam się postępować według zawartych tam zasad, nie mogłam temu podołać. Aż w końcu zwróciłam się z tym w modlitwie do Boga, by albo zabrał moje życie, albo odmienił je tak, jak On tego pragnie. Niedługo potem ktoś jeszcze raz pomógł mi zrozumieć, co jest głównym przesłaniem ewangelii, ale zakończył propozycją modlitwy, w której osobiście mogłam zaprosić Jezusa Chrystusa do swojego życia jako Pana i Zbawiciela. Podjęłam tę decyzję i wyraziłam ją w modlitwie. Od tamtej pory widzę, jak Bóg działa we mnie i zmienia moje myślenie, motywy działania, wartości i cele.

Przekonałam się, że ufność do Boga, jaką pogłębiłam przez te lata, okazała się najlepszym lekarstwem. Po prostu to, co mnie spotkało, nie podważyło mojego zaufania do Jego miłości i dobroci. Zaufania, które budowałam latami w czasie spokoju. Bo sytuacje kryzysowe działają jak egzamin z tego, czego nauczyliśmy się dzień po dniu wówczas, gdy wszystko jako tako się układało i gdy często łatwiej nam było bazować na własnych siłach, niż szukać Bożych rozwiązań i Jego perspektywy. Każdą trudną sytuację, jaką Bóg nam daje, można potraktować jako ciężar, którym chce nas przygnieść, i załamać się, albo jako okazję do rozwoju i sięgania wyżej, odkrywania czegoś nowego o Nim, o sobie i świecie. Świadomość Bożej dobroci pomogła mi oddać kontrolę nad tym, co czeka mnie i moją rodzinę w przyszłości. Przechodzić bolesny proces godzenia sie ze stratami, jakie On dopuszcza w moim życiu, mając pewność, że On nie chce mnie krzywdzić.

Doceniam mądrość, jaką chce mi przez to dać. Po prostu przekonałam się, że Bóg wie lepiej, czym jest obfite i spełnione życie. Jestem bardzo wdzięczna za to, że jest ze mną w każdym doświadczeniu. Wierzę, że jest to dostępne dla każdego, kto zechce.


Katarzyna Masewicz

Bóg? - Słyszałam o Nim od dziecka, ale wydawał mi się odległy, surowy i raczej karzący niż kochający - chyba ze zrobiłabym wystarczająco dużo aby zasłużyć na Jego miłość. Ale ile to jest wystarczająco? Choć byłam bardzo religijna, szczerze chciałam podobać się Bogu, to niezależnie od tego jak bardzo się starałam, zawsze zrobiłam coś nie tak, odezwałam się w niewłaściwy sposób, czy pomyślałam coś do czego wstydziłabym się przyznać. W desperacji prosiłam Boga, aby coś zmienił w moim życiu. I zmienił.


Rok 1981 był dla mnie przełomowym i to wcale nie z powodu stanu wojennego ale wyjątkowej decyzji, którą wtedy podjęłam.  Dzięki pomocy znajomych, zrozumiałam, że  to czego szukam jest w zasięgu mojej ręki. Jest ktoś, kto wie o mnie wszystko, nawet to o czym chciałbym zapomnieć i wymazać z mojego życia, a pomimo to kocha mnie absolutnie bezwarunkowo. Nie muszę nic robić, aby zasłużyć na tę miłość. To On, Bóg "pierwszy mnie umiłował" ( 1 List św. Jana) i udowodnił to posyłając swojego Syna, Jezusa, aby umarł za mnie na krzyżu. On już zrobił wszystko, ale do mnie należy decyzja co począć z ofiarowaną mi przez Boga miłością, czy przyjąć Jego dar, czy odrzucić, a może przejść nad tym do porządku dziennego .

Zdecydowałam, aby zaufać Jego miłości i powierzyłam swoje życie Jezusowi prosząc, aby to On zaczął kierować moimi krokami i zmieniać mnie tak jak On chce. On stał się moim Zbawicielem i Panem.


Czego pragnę dzisiaj? Ponad 20 lat jestem szczęśliwą mężatką, mam 2 prawie dorosłych synów, doświadczam życia ze wszystkimi jego radościami i smutkami ale wiem, że Bóg towarzyszy mi wiernie każdego dnia a Jego miłość jest wciąż taka sama. Wiem, że niczym Go nie zaskoczę, a kiedy upadam, On pomaga mi podnieść się i iść dalej.

Moje życie jest bezpieczne w Jego rękach - On panuje nad wszystkimi okolicznościami. Świadomość Jego opieki pozwoliła mi zachować spokój, kiedy czekałam na własną operację i przeżyć operację mojego pierwszego dziecka -  syn miał wtedy 4 tygodnie. Wiem, że mogę ufać Bożym  obietnicom zapisanym na kartach Pisma Świętego. Kiedy opieram się na nich w codziennym życiu, przekonuje się o ich prawdziwości. Moja wartość wynika z tego, że jestem córką Króla, stworzoną na Jego obraz i nie zależy od moich osiągnięć, uznania w oczach innych czy zasobności mojego portfela. Uczę się cieszyć się każdym dniem, żyć w harmonii z Bogiem, sobą i innymi i odkrywać to, czym Bóg w swojej miłości mnie obdarował. To czego szukałam znalazłam w Chrystusie, dlatego chcę pomagać innym doświadczyć Jego miłości, tak jak kiedyś ktoś pomógł mi, by mogli żyć pełnią życia.


Moim wielkim pragnieniem jest to, aby każda kobieta w Polsce miała okazję usłyszeć Dobrą Nowinę o Bożej Miłości i zbawieniu, odkryć kim jest w Chrystusie i żyć w pełni wykorzystując swój potencjał.

Dlatego w 2002 roku wraz z 2 współpracowniczkami rozpoczęłyśmy spotkania Forum Kobiet a od kilku lat jestem odpowiedzialna za działalność Forum Kobiet w Polsce w ramach Ruchu Nowego Życia.

Chciałabym widzieć w każdym miejscu kobiety, które pomagają innym kobietom w rozwoju osobistym, zawodowym, społecznym i duchowym, w budowaniu poczucia własnej wartości, znalezieniu spełnienia w życiu i pozytywnym oddziaływaniu na swoje otoczenie w oparciu o wartości chrześcijańskie, tak, by świat wokół nas zmieniał się na lepsze.


Jagoda Markiewicz

Wydawać by się mogło, że niczego mi nie brakuje...


Wychowywałam się w małym miasteczku położonym 120 km od Warszawy. Byłam posłuszną dziewczynką, bardzo dobrą uczennicą, osobą aktywną społecznie. Byłam też religijna.. Często, a w pewnym okresie nawet codziennie, chodziłam do kościoła. Zwykle starałam się zachowywać jak należy, tego uczyli mnie rodzice, tak chciałam żyć. Wydawać by się mogło, że niczego mi nie brakuje. Jednak mimo właściwego zachowania, piątek w szkole, uczciwego życia i powszechnego uznania brakowało mi czegoś, co nazwałabym spokojem wewnętrznym, pokojem ducha. Wciąż szukałam...

W liceum pojechałam na tygodniową wycieczkę do Krakowa. Kilku uczestników według mnie wyróżniało się wśród pozostałych tym, że byli prawdziwie zadowoleni, szczerze życzliwi, troszczyli się o innych. Taką postawą przyciągnęli mnie do siebie. Ja tego nie miałam i nie potrafiłam tak żyć. Mówili dużo o Panu Bogu - ja nigdy na ten temat nie rozmawiałam otwarcie, wydawało mi się to zbyt osobiste, ale tak naprawdę to nie umiałam o Nim rozmawiać. Wieczorami czytaliśmy wspólnie Ewangelię wg św. Jana, ale niestety niewiele rozumiałam. Tydzień spędzony w ich towarzystwie wystarczył, abym nabrała przekonania, że chcę być taka jak oni.

Po powrocie z wycieczki jedna z koleżanek pożyczyła mi książkę pt. „Doga sceptyka do Boga”, która wywarła ogromny wpływ na moje życie. Jest to historia życia Josha McDowella, który zmartwychwstanie Chrystusa nazywał mitem i który postanowił udowodnić, że chrześcijaństwo nie jest prawdziwe. Gdy badał materiały naukowe i fakty dotyczące chrześcijaństwa, zmienił zdanie. Ja razem z nim przekonałam się, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym, że Jego śmierć na krzyżu za nasze grzechy i zmartwychwstanie naprawdę miały miejsce, a Pismo Święte jest wiarygodne. Zrozumiałam, że chociaż mój system etyczny był taki sam jak moich nowych znajomych, to była między nami różnica. Musiała więc być ona rezultatem czegoś innego niż wartości i przekonania. I zobaczyłam czego - znajomości, lub nie, Jezusa Chrystusa, a nie religii.

Tak jak Josh i ja uznałam, że jestem grzeszna i oddzielona od Boga. W modlitwie poprosiłam Pana Boga o przebaczenie, poprosiłam, aby wszedł do mojego życia jako mój Pan i mój Zbawiciel. Poprosiłam, aby mnie przemieniał i uczynił taką, jaką chciałby, abym była. Modlitwa była prosta i szczera.

Pozornie nic się nie zmieniło. Nie wydarzyło się nic widocznego dla innych. Ale w moim życiu stało się coś nadzwyczajnego. W tym momencie rozpoczęła się przemiana mojego serca, lubię to nazywać reformą serca. Bóg obdarzył mnie niezwykłym spokojem ducha, prawdziwą radością i wolnością, spełnieniem. Znalazłam to, czego szukałam. Zapełniła się luka w moim sercu, którą mógł zapełnić jedynie Jezus. Ofiarował mi to, co bez Niego nie jest możliwe.

Zaczęłam czytać Pismo Święte i rozumieć, co jest w nim napisane. Oprócz samodzielnego czytania Słowa Bożego zaczęłam też studiować Biblię z innymi, a potem, po latach, sama zaczęłam prowadzić takie spotkania, aby dzielić się tym, czego doświadczyłam.

W moim chrześcijańskim życiu widzę wyraźnie Boże działanie i prowadzenie. Z tego powodu teraz chcę dzielić się tą historią. Doświadczam Jego błogosławieństwa w mojej rodzinie, w relacji i jedności, jaką mam z mężem, a także w relacji z czwórką dzieci. Razem z mężem uczymy się chrześcijańskich zasad funkcjonowania rodziny. Mówimy dzieciom o Bogu i wspólnie się modlimy.

Jestem przekonana, że doświadczam tego, co powiedział Pan Jezus: „Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i żeby miały je w obfitości” (Ew. wg św. Jana, rozdział 10, werset 10).


Iza Herman

Do opowiedzenia historii mojego życia zapewne bardziej odpowiedni byłby format książki niż krótkiej notatki, ale spróbuję i w tej ograniczonej formule oddać chwałę temu JEDYNEMU, absolutnie niezwykłemu BOGU-RATOWNIKOWI, który był tak „cudownie” konsekwentny, zdeterminowany i skuteczny w tym, by najpierw zatrzymać mnie na drodze zabijania siebie, a potem odwrócić historię mojego życia.


Wyszłam za mąż za mężczyznę, o którym myślałam, że bardzo mnie kocha. Nauczona przykrym doświadczeniem, sądziłam, że to jest o wiele lepsza i bezpieczniejsza sytuacja niż własne ogromne zaangażowanie. Pojawienie się na świecie synka (po pierwszym poronieniu i trudnościach z zajściem w ciążę), na którym skupiła się cała miłość mojego serca, tylko pogorszyło sytuację. Mąż, już jako dziecko NIEDOKOCHANY, zaczął boleśnie odczuwać ów głęboki deficyt jako odrzucenie. Jego postępowanie (awantury, alkohol), za którym z pewnością kryła się desperacka walka o akceptację, przyniosło odwrotny skutek, bo mnie coraz trudniej było z nim żyć. Odczuwałam coraz większą niechęć, pogardę i nienawiść. Skomplikowane okoliczności rodzinno-mieszkaniowe sprawiały, że nie widziałam wyjścia z sytuacji. W ten sposób rozpoczęła się moja ucieczka od zbyt trudnej rzeczywistości w alkohol i inną rzeczywistość. Głębokie zaburzenia osobowości i autodestrukcja, uzależnienie i bunt - to wszystko zaowocowało znalezieniem się na prostej drodze ku śmierci, której pragnęłam, której szukałam i którą na różne sposoby chciałam sprowokować przez wchodzenie w miejsca i w znajomości, które mi zagrażały. Nie mam pojęcia, ile razy Bóg uratował mi życie, ale kilkakrotnie JEGO działanie było ewidentne i bardzo spektakularne. To mnie jednak nie zatrzymało. Miałam raczej jeszcze większe poczucie bezkarności, bo widziałam, że SAM Bóg chce, abym żyła.

Tylko miłość do dziecka powstrzymywała mnie przed bardziej radykalnym działaniem i sprawiała, że pozostawała we mnie cały czas pewna odrobina chęci i woli życia. Pewnie dlatego skorzystałam jakimś cudem, biorąc pod uwagę mój ówczesny stan był to dosłownie cud, z zaproszenia do kościoła, które wręczył mi gospodarz mojego domu.  Tam po raz pierwszy spotkałam się z miłością, z niezwykłą akceptacją Boga, objawioną czy uosobioną w serdecznym człowieku, który przywitał mnie z szeroko otwartymi ramionami i gorąco uściskał. Mnie - taką upadłą, taką brudną, taką tonącą w szambie i błocie. Gdzieś w głębi serca czułam się ludzkim śmieciem, nieudacznikiem, choć trudno to było dostrzec, bo wszystko przykrywała pycha, odwet i bunt. Pierwszy raz nie zobaczyłam w oczach człowieka oceny, wartościowania, pogardy czy politowania, a niezwykłą i niezrozumiałą przychylność, nieznaną mi bez jakiegoś zasługiwania. Wyglądało na to, że ten mężczyzna, pastor, dostrzegł we mnie jakąś wartość i piękno pod grubą warstwą kurzu, brudu, błota i smrodu. Coś, czego inni nie widzieli, ubolewając nad moim upadkiem, zmarnowanymi szansami i niewykorzystanymi możliwościami. Bo z dziewczyny, która była prymuską zaprogramowaną na sukces i w jakimś sensie - dzięki bardzo wszechstronnym zdolnościom - na ten sukces skazaną, z atrakcyjnej kobiety, która z powodzeniem zajmowała się biznesem w czasach, kiedy dopiero rodziła się indywidualna przedsiębiorczość i ogromne majątki, z kogoś takiego w krótkim czasie stałam się niemal osobą z marginesu. To było zarówno konsekwencją mojego wyboru, jak i stanu psychicznego, z którego nie zdawałam sobie sprawy. Ale moja rodzina miała tę świadomość i w zasadzie już straciła nadzieję, także za sprawą lekarzy, którzy nie widzieli dla mnie szans. Szczególnie bez mojej współpracy. Dlatego ten ZWROT, jaki niemal w jednej chwili nastąpił, był dla rodziców prawdziwym cudem i dowodem potężnego działania żywego Boga.  Ja wówczas rzeczywiście uwierzyłam w możliwości Jezusa we mnie - taką prostą, naiwną czy nawet SZALONĄ wiarą.

W ciągu kilku miesięcy zaczęłam pracować w szkole, uczyłam języka polskiego (skończyłam polonistykę na UW). To zażegnało groźbę utraty prawa do opieki nad synem, który został mi na pewien czas odebrany przez męża i jego konkubinę bez możliwości jakiegokolwiek kontaktu. Chyba już nigdy potem nie spotkałam się z takim uznaniem dyrekcji, rodziców i dzieci jednocześnie, jak wówczas, w tej szkole podstawowej w centrum Warszawy. Ale to nie stało się za sprawą moich możliwości. Im bardziej jestem świadoma mojego stanu w tamtym okresie, także za sprawą licznych lektur, wykładów i szkoleń, tym bardziej doceniam dzieło łaski Bożej we mnie i w moim życiu.

Musiało minąć jeszcze wiele lat, nim Pan całkowicie zdobył moje serce, nim udało Mu spotkać ze mną i przemówić do mojego serca, nim zdecydowałam się Jemu zaufać, nim pozwoliłam Mu dotknąć najbardziej bolesnych ran w moim sercu, by mógł je uzdrowić, i nim zaczęłam być posłuszna nie dlatego, aby coś dostać, ale z miłości do Niego. 

W lutym tego roku skończyłam 51 lat. Moje życie przypomina cudowne Boże rękodzieło, jakby gobelin utkany z nitek łaski, pełen różnych kolorów, ale z przewagą czerni, która nadaje mu głębię i wydobywa piękno światłocienia. To obraz, na którym z ciemności i mroku wyłania się sylwetka ŻAR-PTAKA.


Grażyna Golędzinowska

Trudno mi podać taki jeden, konkretny moment, w którym zaczęła się moja przygoda z Bogiem. Od kiedy pamiętam, zawsze szukałam bliskiej z Nim relacji. Jako mała dziewczynka biegałam za babcią, prosząc, by poczytała mi Biblię, a moimi najlepszymi bajkami na dobranoc były historie ze Starego Testamentu. Potem jako nastolatka chodziłam do kościoła, odmawiałam różne modlitwy, ale ciągle mi czegoś brakowało. Teraz wiem, że tym „czymś” była osobista relacja z Jezusem Chrystusem. Mój głód, moje poszukiwania skończyły się, kiedy w prostej modlitwie poprosiłam Pana Jezusa, by został Panem mojego życia. Prawdę mówiąc, co to naprawdę znaczy, zrozumiałam dopiero po pewnym czasie.

Może więc  to był ten moment? A jednak ciągle pamiętam i traktuję jako przygodę tamten czas poszukiwań i to, jak Bóg mnie prowadził ku Sobie i odpowiadał na moje modlitwy typu: „pokaż mi, Boże, jak się modlić”, „pozwól mi zrozumieć, o co chodzi w kościele”, „gdzie jesteś?” itp.

Życie w codziennej, osobistej więzi z Bogiem pozwala mi widzieć Jego działanie i przeżywać niezwykłe doświadczenia. Jest ich tak wiele… Te spektakularne - dobrze pamiętam; te drobne, ciche - szybko umykają z pamięci, a są tak potrzebne i ważne! I właśnie o takim chcę opowiedzieć.

Jestem mężatką od 11 lat, mamą trzech chłopców: Konrada, który ma 9 lat, Miłosza - 6 lat i Aleksandra - 3 miesiące. Kiedyś, tuż przed świętami, umęczona pracami i sfrustrowana swoim mało porywającym życiem, kolejny raz myślałam o tym, jak bezsensownie jest być w domu z dzieciakami, jakie to niewdzięczne, niedoceniane i nie „trendy”, a do tego dzieci zachowują się okropnie. Miałam dosyć i zawołałam do Pana: „Boże, proszę Cię, pomóż mi doświadczyć trochę radości z trudu macierzyństwa!”, i szybko o tym zapomniałam, bo święta…. Gdy odbierałam syna ze szkoły, podeszła do mnie jego wychowawczyni. Była pod dużym wrażeniem odwagi, jaką wykazał Konrad, gdy stanął w obronie kolegi, trudnego kolegi, którego dokuczliwość nie raz była powodem jego płaczu. Konrad miał powiedzieć: „Ten kolega jest taki, jaki jest, nie potrafi być inny i my (dzieci w klasie) powinniśmy zaakceptować go takim, jaki jest, bo to mu pomoże”. Byłam bardzo wzruszona, ale nie koniec na tym. Po kilku godzinach mąż, odebrawszy syna z popołudniowych zajęć w innej szkole, podszedł do mnie z torbą prezentów i powiedział: „To są prezenty dla chłopców i dla Ciebie od pani dyrektor. Są szczególne, ponieważ pani dyrektor chce w ten sposób docenić naszą pracę włożoną w postawę Konrada, który sprawiał wiele problemów wychowawczych na początku semestru. Obecnie Pani obserwuje ogromną poprawę i mówi, że nie ma żadnych problemów z Konradem, wręcz przeciwnie - jest bardzo zdyscyplinowany i tak chętny do pracy, że zachęca innych”.

Musiałam odłożyć swoje zajęcia, żeby stanąć przed Panem i podziękować Mu za Jego wierność, za Jego miłość, za Jego czułość... Wtedy tak wyraźnie usłyszałam w sercu: „Czy teraz dostrzegasz sens? Czy doświadczyłaś trochę radości?”. Tak więc w sprawach dużych i małych, cały czas, doświadczam Bożego działania w moim życiu i tego, że jest blisko. Są chwile, kiedy nie chcę się pogodzić z konkretnym Bożym działaniem, ale doświadczenie nauczyło mnie, że Bóg wie, co robi, jak również, że daje się znaleźć, kiedy Go szukamy.

Przechodziłam też w mojej relacji z Bogiem okresy buntu i złości, ale teraz jestem znów w dobrym miejscu i jestem przekonana, że warto ufać Bogu - choć to naprawdę bywa czasami trudne, a nawet bolesne, i nie zawsze możemy pojąć, dlaczego coś się dzieje. Po każdym takim buncie przychodzi mi dostrzec, że to On ma rację, że On wie lepiej. Coraz bardziej Mu ufam i coraz bardziej Go kocham, a moja więź z Nim się pogłębia. Nie umiem powiedzieć, jaką barwą opisałabym moje życie. Nie mogę podać jednej, bo moje życie jest wielobarwne, doświadczam wszystkich kolorów życia, wyraziście i mocno, z tym, że są one bardziej świetliste niż wtedy, gdy nie było w moim życiu więzi z Bogiem, a barwy ciemne nie są już tak mroczne jak kiedyś, bo jest w moim życiu Jezus – Światłość świata.


Anna Obrębska

Bliscy i znajomi nazywają mnie Wala. Aby przedstawić siebie, często posługuję się słowami, które napisał w swojej książce „Naśladowanie Chrystusa” Tomasz a’Kempis: Nigdy nie bądź całkiem bez zajęcia, lecz - albo czytaj, albo pisz, albo módl się, albo rozważaj, albo zajmij się jakąś pracą dla dobra wspólnego.

A więc - uwielbiam czytać, rozważać i pisać... Na modlitwę też znajduję czas :). Praca dla dobra wspólnego również nie jest mi obca... Głównie jest to praca na rzecz kobiet. Kiedy czuję się zmęczona wypełnianiem wszystkich wskazówek Tomasza a’Kempis, poświęcam się swojej kolejnej pasji - turystyce. I nigdy nie robię tego w samotności. Zawsze towarzyszy mi mąż i sprawdzone grono przyjaciół.

Moi dziadkowie i ciocia byli artystami. Dorastałam więc w domu pełnym obrazów. Nic dziwnego, że moim mottem życiowym stały się słowa: „Sztuka będzie moim mężem, obrazy moimi dziećmi”. Na moje dzieciństwo wpływ miały Biblia, obrazy i fortepian.

Po wojnie niewielu ludzi miało w domu instrumenty. Moi rodzice wynajmowali więc fortepian studentom muzyki do ćwiczeń. W pokoju na stole, na honorowym miejscu, leżało znalezione w piwnicy Pismo Święte po dziadkach. Pewnego razu, gdy jedna z uczennic ćwiczyła na fortepianie, jej ojciec zaczął głośno czytać Biblię i zachęcił moich rodziców, by robili to samo. Dzięki temu wzrastałam w domu, gdzie czytanie Pisma i modlitwa stały się codziennością.

"Barwy życia na nowo odkrywam w Chrystusie"


"Nadal nie znalazłem tego, czego szukałem" - piosenka znanego zespołu U2- trafnie opisuje pierwsze 22 lata mojego życia. Czego szukałam? Myślę, że tego czego pragnie każdy: miłości, akceptacji, poczucia bezpieczeństwa, celu i sensu życia. Chociaż miałam kochających rodziców, nie czułam się kochana. Dziś mogę powiedzieć, że mówiliśmy innymi "językami miłości". Dobrze się uczyłam, bez egzaminów dostałam się na uniwersytet a Kraków był wspaniałym miejscem, nie tylko do studiowania. Ale czy to wystarczy do szczęścia?. Miałam wielu znajomych, ale nigdy nie byłam pewna, że ktoś jest mi stuprocentowo oddany i zdążyłam się rozczarować kilkoma przyjaźniami.


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 

Szczęście jest jednym z największych pragnień każdego człowieka i często jesteśmy gotowi zapłacić za nie każdą cenę.

Szukając zadowolenia w życiu myślałam, że osiągnę je  przez wykształcenie, ciekawą pracę, miłość, małżeństwo, przyjaźń,  stan mojego posiadania. Jednak już we wczesnej  młodości zauważyłam, że okoliczności zewnętrzne są zmienne i stanowią kruchą podstawę do budowania szczęścia. Zrozumiałam, że źródło szczęścia musi być gdzie indziej. Zaczęłam szukać głębiej w moim wnętrzu.

Wzrastałam w rodzinie religijnej, uznawałam istnienie Boga, chodziłam do kościoła, ale miałam wrażenie, że czegoś mi brakuje. Im byłam starsza, tym wyraźniej widziałam, że moja wiara nie daje mi mocnego oparcia w życiu, nie zawsze też kierowałam sie w moich wyborach  jej zasadami. Odczuwałam pustkę, miałam wrażenie, że Bóg jest daleko, zastanawiałam się, na ile jest zainteresowany moim życiem. Jednakże nie wiedziałam, jak zbliżyć się do Niego.

Pewnego razu, kiedy cierpiałam z powodu kolejnego rozczarowania i samotności, zawołałam desperacko: „ Boże, jeżeli naprawdę jesteś, pomóż mi!”

Następnego  dnia zadzwonił do mnie kolega, z którym rzadko miewałam kontakt i zaproponował zorganizowany wyjazd z młodzieżą chrześcijańską. Chcąc uciec od trudnej sytuacji, zdecydowałam się pojechać, chociaż nikogo tam nie znałam i nigdy przedtem nie spędzałam wakacji w taki sposób. 

Pobyt na tym obozie wiele zmienił w moim życiu. Będąc tam, usłyszałam, że można mieć osobisty związek z Bogiem i że On tego pragnie. Poznałam ludzi, którzy doświadczali takiej bliskości i potrafili swobodnie o tym mówić. Zrozumiałam też głębię i istotę Bożej miłości do mnie, w której On dał Swego Syna Jezusa, aby umarł na krzyżu za moje grzechy.  Na podstawie tej ofiary mogę mieć przystęp do Boga. Czytając ewangelię wg św. Jana dowiedziałam się, że Jezus przyszedł po to, aby dać obfite życie i że On jest jedyną drogą do Boga.

Te prawdy były odpowiedzią na moje pytania o fundament szczęścia.  Postanowiłam zaufać Jezusowi i powierzyć Mu swoje życie. Wyraziłam moją wiarę w to przez modlitwę, poprosiłam Pana Jezusa, aby  zajął w moim życiu najważniejsze miejsce.

Po decyzji zawierzenia Chrystusowi zaszło wiele zmian w moim życiu. Pierwszą z nich było pragnienie czytania Pisma Św. Kupiłam sobie Biblię i w krótkim czasie przeczytałam  Nowy   Testament, odkrywając, że jest zrozumiały i zawiera wiele aktualnych i praktycznych myśli.  Czytanie Biblii stało się dla mnie codzienną praktyką. W ten sposób dowiadywałam się więcej o Bogu, widziałam potrzebę zmiany siebie i mojego stosunku do Niego i ludzi. Ten proces nadal trwa w moim życiu.

Minęło 25 lat od tej  najważniejszej w życiu  decyzji i dziś z pełnym przekonaniem mogę zacytować słowa z Psalmu 73 -  Lecz moim szczęściem jest być blisko Boga.


Ela Sylwestrowicz


 

Moja wnuczka urodziła się szczęśliwie, choć były pewne medyczne komplikacje. Natychmiast po otrzymaniu radosnej wiadomości pojechaliśmy z mężem pogratulować synowi i uściskać go (z synową niestety nie mogliśmy się zobaczyć). Chwila była podniosła, uczciliśmy ją nawet kieliszkiem brandy.

Wielokrotnie wracałam w myślach do tej chwili i zastanawiałam się, dlaczego nie pomodliliśmy się razem, nie powierzyliśmy naszej rodziny Bogu z wdzięcznością? Wszyscy uważaliśmy się przecież za chrześcijan. A jeśli tak – to czym, poza chodzeniem co niedzielę do kościoła, różni się nasze życie od życia niechrześcijan?

17 historii z życia

Pod krzyż Jezusa - przed wielu laty - przywiodło mnie cierpienie. Cierpienie spowodowane tym, że choć w Boga wierzyłam, to wybrałam takie życie, gdzie niewiele było miejsca dla Niego. Wcześnie opuściłam rodzinny dom. Porwał mnie świat i jego atrakcje. To, co otrzymałam w domu, wydawało mi się nieatrakcyjne i mało ważne.

Później było nieudane pierwsze małżeństwo, a po nim bezsilność i bezradność spowodowana nadużywaniem alkoholu przez drugiego męża. Brak ślubu kościelnego sprawił, że czułam się odgrodzona od Boga. Byliśmy dobrze sytuowani materialnie. Mąż, inżynier (wiele lat pracował w Iraku), nie widział żadnego problemu w tym, że pił, a alkohol niszczył naszą rodzinę. Mieliśmy dwóch synów, na których źle wpływały pijackie kłótnie, awantury, przemoc. Pojawiły się też u mojego męża różne problemy zdrowotne, a także psychozy alkoholowe. Stracił pracę. Zaczęłam się bać o siebie i synów. Postanowiłam szukać ratunku dla naszej rodziny w przychodni przeciwalkoholowej. Tam brałam udział w spotkaniach dla żon alkoholików. Podczas tych spotkań otrzymywałam wsparcie i pomoc.

W tym też czasie zaczęłam szukać Boga. Pojechałam nawet na pielgrzymkę do Częstochowy, ale wydawało mi się, że Bóg jest dla mnie był zbyt odległy i że ja nie jestem godna Jego uwagi. Kiedy sytuacja w domu stała się nie do zniesienia, dałam się namówić na obóz terapeutyczny. Głównie z myślą o synach - starałam się uchronić dorastających synów przed powieleniem życia ojca. Obóz ten zmienił całe nasze życie. Dużo dowiedziałam się o chorobie mojego męża. I poznałam wielu ludzi wyzwolonych z nałogu - przez Boga i Jego wielką miłość. Tam po raz pierwszy  usłyszałam pieśń „Golgota”. Poraziły mnie słowa: to nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech. Wcześniej w mojej świadomości to jacyś Żydzi dwa tysiące lat temu ukrzyżowali Jezusa. Starałam się coś zrobić z tym moim odkryciem, ale na razie nie widziałam żadnej możliwości. Był to jednak moment przełomowy dla naszej rodziny. Wkrótce mój mąż rozpoczął leczenie i spotkania w klubie AA. Poznał tam innych uzależnionych mężczyzn, którzy od pewnego czasu poznawali Słowo Boże i Boga.

W 1992 roku całą rodziną trafiliśmy na obóz chrześcijański. Panująca tam atmosfera i wykłady, których słuchaliśmy, wpłynęły na to, że wszyscy powierzyliśmy nasze życie Bogu i oddaliśmy swoje serca Jezusowi. Bóg powoli zaczął porządkować nasze życie. W naszym domu zapanował spokój. Chodziliśmy na nabożeństwa, poznawaliśmy Słowo Boże. Mój mąż nie pił, pracował, nawet... odnowiliśmy przed Bogiem naszą małżeńską przysięgę. Upłynął rok i wydarzyła się katastrofa. Mój mąż dostał udaru mózgu, był prawostronnie sparaliżowany. Przez cały rok leżał w łóżku i trzeba było opiekować się nim jak niemowlęciem. Potrzebna była rehabilitacja, na którą przeznaczyłam swoje ostatnie pieniądze ze spadku, bo okazało się, że konto męża z pieniędzmi z Iraku było puste. Był to bardzo trudny okres w naszym życiu. Nie mogłam zrozumieć - jak to się stało? Zadawałam Bogu tysiące pytań dlaczego? Szukałam odpowiedzi w różnych książkach chrześcijańskich. Modliliśmy się do Boga i prosiliśmy o pomoc. Co prawda mój mąż poruszał się już później (jeździł na wózku inwalidzkim), ale sama choroba bardzo go zmieniła - stawał się coraz bardziej przykry, krzyczał, awanturował się, nie dawał spokoju synom (nie mogli się uczyć). Na początku jego choroby w naszym domu odbywały się spotkania modlitewne, ale później było to już niemożliwe. Stan ten trwał prawie 7 lat. Po drugim udarze mój mąż zmarł.

Gdybym wtedy nie miała wsparcia ludzi wierzących, nie wiem, jakbym to zniosła. Przeżyłam głęboki kryzys wiary. Miałam dwa wyjścia - albo całkowicie zaufać Bogu, albo odwrócić się od Niego i żyć swoim życiem. Zaufałam Bogu. Zaakceptowałam Jego wolę. I Bóg przeprowadził mnie przez te wszystkie trudne doświadczenia. Dał mi siły, zdrowie. Napełnił moje serce ufnością, pokojem, miłością i wdzięcznością. Czuję się pod Jego opieką bezpieczna, wolna, wartościowa. I choć także teraz nie brakuje mi kłopotów i problemów, to wiem, że Bóg jest ze mną. Pomoże mi w taki sposób, jaki On sam wybierze, a nie w taki, jak ja bym tego chciała. Z tą prawdą długo się nie mogłam pogodzić. Dziękuję Bogu, że mogę być Jego dzieckiem, i dziękuję Mu za Bożą rodzinę, innych wierzących. Zawsze mogę liczyć na ich wsparcie i modlitwę o mnie i moje dzieci.

Codzienne staram się ufać Bogu, nie polegać na sobie, nie skupiać się na sobie i swoich problemach. Często modlę się modlitwą, którą znalazłam w jakiejś książce: Panie, zechciej mi dać duszę, której obca jest nuda, która nie zna szemrania, wzdychania, użaleń, i nie pozwól, abym kłopotała się zbyt wiele wokół tego panoszącego się czegoś, co nazywa się „ja”. Panie, obdarz mnie zmysłem humoru. Daj mi łaskę rozumienia się na żartach. Pozwól, bym zaznała w życiu jeszcze trochę szczęścia, a i innych mogła nim obdarzyć. Amen.


Dziękuję Ci, Panie Jezu.

Wanda


 

Było to 22 lata temu. Nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Cieszę się, że trwam w niej. Bóg nadał mojemu życiu sens, wypełnił je zadaniami i radością, dał mi pokój wewnętrzny i mnóstwo przyjaciół. Nieustannie zachwyca mnie mądrość Słowa Bożego. Fascynuje intelektualne zadanie, jakim jest ono dla mnie, i bogactwo jego treści. Odbieram Boga głównie poprzez Jego Słowo.


żoną. Moje małżeństwo jest jedną z najciekawszych moich życiowych przygód. Bóg kształtuje je, a także mnie kształtuje poprzez małżeństwo. Widzę to szczególnie wyraźnie od momentu, gdy poprosiłam Boga, aby wziął je w swoje ręce i kierował nim. Oddałam Mu je z pełną ufnością. Przez ponad 20 lat małżeństwa wiele się nauczyłam o sobie, swoim mężu i zasadach funkcjonowania w bliskich relacjach z innymi. Właśnie w tej relacji widzę działanie Boga chyba najbardziej spektakularnie. Słowa zapisane w Księdze Izajasza: „Moje drogi to nie drogi wasze...” są prawdą. Od kiedy z Bożą pomocą próbuję wcielać te Boże zasady w moje małżeńskie życie, widzę jak one działają. Czasem wydają mi się nieracjonalne i dziwne, ale działają! Cieszę się moim małżeństwem i tym, co ono wnosi do mojego życia. Swoją życiową rolę żony uważam za najważniejszą.


matką. Mam troje dzieci, córkę Paulinę (22), dwóch synów: Macieja (20) i Maxa (10). Bóg obdarzył mnie radością macierzyństwa, za co jestem Mu bardzo wdzięczna. Dzieci są dla mnie szczególnymi osobami. Jestem z nich dumna. Chciałabym wychować je dobrze. Chciałabym wychować je ku samodzielności i dobrym decyzjom. Podobno wartości nie można nauczyć, ale można pokazać, co jest dla nas ważne, zostawiając dzieciom możliwość dokonywania własnego wyboru. Ufam Bogu, że Jego błogosławieństwo będzie im towarzyszyć. Gdy piszę te słowa, moja córka przygotowuje się do małżeństwa i za niecałe dwa tygodnie będzie już żoną. Cieszę się, że chce nią być.


kobietą. Lubię ładnie wyglądać, ale kobiecość to dla mnie nie wygląd, lecz raczej sposób bycia i życia. Nie lubię podporządkowywać się trendom i modom. Mam to szczęście, że otaczają mnie mądre kobiety. Wiele się od nich uczę, a Bóg często wykorzystuje je, głównie jako narzędzie do wspierania mnie. Otwartości na inne kobiety, nawiązywania z nimi relacji, dobrej zabawy i czerpania od nich mądrości nauczyłam się w moim kościele lokalnym. W wolnym czasie zajmuję ręce tzn. dziergam, haftuje, zajmuję się decoupagem, filcuję. Bardzo jestem wdzięczna Bogu za możliwość realizowania moich pasji. Chcę pokazywać innym kobietom bogactwo Słowa. Wierzę, że wiedza na temat tego, co jest zapisane w Biblii, umożliwia otwarcie się na Boga. Być może dlatego, że taka właśnie była moja osobista droga do Boga, poprzez Słowo. Myślę, że w relacji z kobietami najważniejsze jest dla mnie budowanie ich, w różnych aspektach.


Bożym dziełem. Pisze o tym w zakończeniu, a być może powinno znaleźć się to na początku. Mam głębokie przekonanie, że Bóg, istota osobowa przewyższająca mnie pod każdym względem, kierująca biegiem historii, Pan, Stworzyciel świata istnieje i jest żywo zainteresowany moim życiem. Mam do Niego zaufanie, wiem, że mnie nie zawiedzie. Mam ufność, że Jego Słowo jest prawdą, choć nie zawsze przeze mnie zrozumianą, ale jedyną prawdą. Wierzę w Jego obietnice. Jezus Chrystus jest moim zbawicielem. Wdzięczna jestem Mu za to, że umarł za mnie na krzyżu, abym mogła żyć wiecznie. Odkrywanie Bożej woli jest zadaniem dla mnie na całe życie. Bogu mogę dać moje ręce, aby przez nie działał. Mogę dać moje serca, aby przez nie kochał i mogę dać moje umiejętności, aby poprzez nie wspierał innych. W końcu i tak wszystko, co mam, otrzymałam od Niego.


Dorota Rogatko

Jestem...


chrześcijanką. Najpierw byłam nią z wychowania, czyli taką nominalną. Potem, gdy dorosłam, stałam się nią z wyboru. Wszystko w moim życiu przebiegało łagodnie. Bóg przyciągał mnie do Siebie na różne sposoby, ale świadomego wyboru dokonałam wówczas, gdy ktoś przedstawił mi 4 prawa duchowego życia. Wtedy to wszystko, czego dowiedziałam się wcześniej o Bogu, o Jego słowie, o dziele Jezusa Chrystusa, o mnie samej uporządkowało się. Zrozumiałam, że Bóg zaprasza mnie do relacji i weszłam w nią z nadzieją i radością.


 

Żyć, aby na koniec niczego nie żałować..


Urodziłam się w ormiańskiej rodzinie, która mieszkała na emigracji w Gruzji.


Gdy byłam małą dziewczynką słyszałam od mamy że Bóg jest wszędzie, wszystko widzi i można Go o wszystko prosić. Wierzyłam w to, ale moja wiedza na temat Boga była bardzo ograniczona, bo w moim kraju nie było czegoś takiego jak lekcje religii. W 6 klasie pod wpływem nauczycieli zaczęłam się zastanawiać czy Bóg naprawdę istnieje. W wieku piętnastu lat doszłam do wniosku  że Boga nie ma, a wierzą w Niego tylko ludzie zacofani, niewykształceni, słabi i chorzy.

W pewnej książce przeczytałam zdanie :”Zycie jest nam dane jeden raz, dlatego trzeba go przeżyć tak, aby na końcu nie rozpaczać że się je zmarnowało. Dlatego dalsze moje lata były gorączkowym poszukiwaniem sensu życia. Zadawałam sobie pytanie: ” Po co człowiek żyje? Zastanawiałam się jak inni odpowiadają sobie na to pytanie.

 Widziałam ludzi którzy przez całe życie zdobywali wiedzę. Jednym z nich był rektor mojej uczelni. Gdy byłam na jego pogrzebie pomyślałam ; “Co mu ta wiedza dała? Umarł tak jak każdy inny.”

Postanowiłam więc, że gromadzenie wiedzy nie będzie sensem mojego życia.

 Patrząc na innych widziałam, że żyją po to by mieć, przez całe życie skupiają się na gromadzeniu dóbr, chcą posiadać coraz więcej i więcej. Pewnego razu zobaczyłam jak płonął dom bogatej rodziny. W jednym momencie przepadł cały ich dorobek. Jeżeli oni żyli po to by mieć, to ich życiowy wysiłek poszedł na marne. Uświadomiłam sobie, że dorobek czyjegoś życia może zostać zrabowany, roztrwoniony przez dzieci, zniszczony przez powódź czy pożar. Wtedy doszłam do wniosku że gromadzenie bogactwa nie może być sensem mojego życia.

 

Wokół mnie widziałam też takich co żyją po to, by po sobie zostawić potomstwo. Ale gdy zobaczyłam w telewizji zupełnie samotną matkę, która na wojnie straciła męża i siedmiu synów, i pomyślałam o rodzicach którzy stracili swoje dzieci i na starość zostawali sami - stwierdziłam że to  też nie może być sensem mojego życia.

 

Jedyne co mi zostało to żyć dla ludzi, pomagać im. Zaczęłam więc budować przyjaźnie, służyłam moim przyjaciołom i przyjaciółkom z poświęceniem. Ale po paru latach,  gdy to ja potrzebowałam pomocy, strasznie się na nich zawiodłam. Przeżyłam gorzkie rozczarowanie kiedy odkryłam, że wszyscy ludzie nie wyłączając mnie są egoistami. To moje rozczarowanie innymi i samą sobą przerodziło się u mnie w nienawiść do siebie samej i do ludzi wokół mnie.

 

Wtedy stwierdziłam że nie ma rzeczy dla której warto poświęcić swoje życie. Doszłam do wniosku że nie ma po co żyć. Te myśli wpędziły mnie w depresję. Przez półtora roku spałam po kilkanaście godzin, z wielkim trudem wychodziłam do pracy, cały czas myślałam po co robię to co robię, nachodziły mnie myśli samobójcze, ale nie miałam odwagi żeby sobie coś zrobić. Myślenie o sensie mojego życia wykańczało mnie. W sercu odczuwałam niesamowitą pustkę, którą w końcu  zaczęłam zapełniać aktywnym życiem. Zaczęłam podróżować, zwiedzać zabytki i muzea,w których często widziałam malowidła przedstawiające Chrystusa, ale dziwiłam się, że o tej postaci nie było żadnej informacji, nie wiedziałam dlaczego i po co umarł Jezus i gdzie taką informację można zdobyć.

 

Mój brat, który był wybitnym sportowcem, ożenił się i osiedlił w Polsce. Gdy po raz pierwszy go odwiedziłam, dał mi ilustrowaną książkę o życiu Jezusa.  Opisywanemu tam Jezusowi bardzo współczułam i bardzo go polubiłam. Był tak bardzo oddany ludziom, kochał ich, pomagał, a oni Go tak  strasznie zawiedli. Jednak dla mnie była to jedynie pełna życiowej mądrości fikcja literacka.

Irytowało mnie to, że w Polsce wielu ludzi chodzi do kościoła. Wydawało mi się, że robią to tylko z powodu strachu przed śmiercią i oszukują samych siebie.  

 

Pewnego dnia, stanęłam na ulicy  przed jednym z kościołów, pragnąc z kimś porozmawiać o Jezusie. Czułam się bardzo bezradna bo nikogo nie znałam. Nagle podeszło do mnie młode małżeństwo i spytało, czy chciałabym porozmawiać z nimi o Chrystusie. Bardzo zaskoczona zapytałam dlaczego do mnie podeszli. Oni odparli, że to Bóg ich do mnie przysłał. W tym momencie uwierzyłam w to, że Bóg istnieje.

Od nich dowiedziałam się że Bóg mnie kocha. Natychmiast poczułam się niegodna Jego miłości,  bo nic dla Niego nie zrobiłam i odrzucałam go przez całe życie.

Odpowiedziałam że Bóg nie może mnie kochać, bo na to nie zasługuję ale oni powiedzieli, że nikt nie zasługuje na Jego miłość, bo każdy jest grzeszny i  z powodu swoich grzechów zasługuje na śmierć i  wieczne potępienie.

Powiedzieli że Jezus mnie kocha do tego stopnia że swoje życie oddał za moje grzechy, że umarł zamiast mnie. Wtedy zapragnęłam, aby Jezus stał się moim Przyjacielem i życiowym Przewodnikiem. W modlitwie poprosiłam Go, aby wszedł do mojego życia, przebaczył mi moje grzechy, aby kierował mną i przemieniał moje życie według Swojej woli.


 Dzięki pomocy innych zaczęłam odtąd czytać i zrozumieć Jego Słowo i lepiej poznawać Boga a to miało ogromny wpływ na moje życie.

Bóg przemienił moje serce. Zaczęłam inaczej patrzeć na ludzi, przestałam ich nienawidzić, a zaczęłam kochać.

Wcześniej nie byłam w stanie nikomu zaufać, nie wtajemniczałam innych w swoje sprawy osobiste. Bałam się że ktoś może to wykorzystać przeciwko mnie. Teraz mogę powiedzieć o sobie prawie wszystko, bo chcę żeby ludzie mnie rozumieli. Już nie boję się być otwarta, ponieważ moje poczucie bezpieczeństwa opiera się na tym co myśli o mnie  Pan Bóg, a nie na tym co myślą o mnie inni.

Wcześniej nie byłam w stanie ludziom przebaczać, z moim bratem nie rozmawiałam przez cały rok, bo byłam na niego obrażona. Nigdy nie prosiłam nikogo o przebaczenie, czekałam aż inni wyjdą z inicjatywą. Teraz  dzięki temu, że od Boga otrzymałam przebaczenie, otrzymałam też zdolność przebaczania innym i pokorę do tego by prosić o przebaczenie.

Pustka, którą wcześniej próbowałam zagłuszyć - zniknęła, bo życie dla Jezusa stało się sensem mojego życia.


Julia Miara


 

Drogi Ojcze!


Piszę do Ciebie ten list, ponieważ kolejny już raz uświadomiłam sobie, że jesteś najważniejszy w moim życiu. Ostatnio wysłuchałam historii życia kilku Twoich córek, a moich sióstr w Chrystusie. Na nowo ożyła we mnie świadomość Twojej, Ojcze, ogromnej miłości do mnie. Moje życie trwa już ponad 40 lat, niesamowite jak ten czas leci… Jestem coraz bliżej Twojego Niebiańskiego Domu. Być może jestem na półmetku życia, a może już wkrótce będę w Twoich kochających ramionach…

Tak bardzo tęsknię za Tobą Dobry i kochający Ojcze, że często zapominam, że Ty masz dla mojego życia pewien plan, misję do spełnienia i potrzebujesz mojego zaangażowania w tym miejscu, gdzie dzisiaj mnie postawiłeś. Przyznaję, że nie zawsze tak patrzyłam na moje życie. Próbowałam je rzeźbić po swojemu, zapominając o Tobie, kierując się własnym gustem lub gustem innych ludzi, lecz dziś przyznaję, że ostatecznie Ty zawsze masz rację.

Jako czternastolatka doszłam do wniosku, że życie nie ma sensu, chyba że TY JESTEŚ NAPRAWDĘ. Dwa lata później spotkałam ludzi, którzy modlili się w salce przy kościele, czytali Pismo św., wspólnie wielbili Cię śpiewem. Pamiętam wieczór, kiedy ze łzami w oczach zapragnęłam nowego życia, nowego narodzenia się jako Twoje dziecko. Oddałam Ci wtedy swoje serce i postanowiłam poznawać Twoją wolę wobec mnie.

Dziś oddaję Ci chwałę, bo TY JESTEŚ BOGEM i tylko w Tobie pokładam nadzieję. Gdy wracam wspomnieniami do przeszłości, widzę, że doświadczenie bycia we wspólnocie wierzących i kochających Ciebie osób nadało kierunek mojemu życiu. Myślę, że właśnie dlatego, gdy przyjechałam do Warszawy, aby studiować na Uniwersytecie, nowych bliskich znajomości szukałam wśród ludzi wierzących. Szukałam wspólnoty ludzi wierzących, a może klimatu, który panował na spotkaniach modlitewnych, gdzie poznałam Ciebie.

Spotkałam taką grupę. A potem w modlitwie poprosiłam Pana Jezusa, żeby został moim Panem i Zbawicielem. To był burzliwy okres wchodzenia w samodzielną dorosłość. Jednak chroniłeś mnie niezależnie od tego, czy byłam Ci wierna, niezależnie od tego, jak daleki mi się wtedy wydawałeś. Dziękuję Ci za to, Ojcze.

Dziś jestem matką i myślę, że trochę lepiej rozumiem, czym jest miłość. Dla moich córek pragnę tego co najlepsze. Jednak dostrzegam, jak daleko mi do dojrzałości. Ledwie pojmuję głębię Twojej miłości do mnie, kiedy myślę o ofierze Twojego Syna Jezusa Chrystusa za moje grzechy, po to bym miała życie wieczne. Doskonale pojmuję, że nie byłabym w stanie o własnych siłach zasłużyć na Twoją miłość. Jednak z ufnością mogę Ci wyznać moje grzechy, wierząc, że jeśli skrucha będzie szczera, pozwolisz mi je przezwyciężyć. Bo Ty jesteś Bogiem Wiernym i wspierasz swoje dzieci. Jeśli w Twoim słowie będę szukać mądrości, pokażesz, co jest zgodne z Twoją wolą. Moje życie wypełni Twoje światło, zniknie ciemność, zapanuje Boży pokój.

Doświadczam tego w Tej chwili, podobnie jak to było wielokrotnie w przeszłości, nawet kiedy w moim sercu panowały zamęt i ciemność. Zawsze kiedy zwracałam się do Ciebie, doświadczałam prawdy słów, że dom zbudowany na skale się nie zachwieje. Panie, Ty jesteś moją skałą.

Myślę sobie, że gdybym ja sama tkała kilim swojego życia, przypominałby tęczę, jednak nawet najpiękniejsza tęcza po jakimś czasie może się znudzić. Ty tkasz mój kilim, używając wszystkich kolorów i dzięki Tobie powstaje obraz wyjątkowy, którego jeszcze nie jestem w stanie ogarnąć wzrokiem ani zrozumieć sensu wszystkich barwnych plam, bo nie mam właściwego dystansu.

Na koniec pragnę Ci powiedzieć, Drogi Ojcze, że mam nadzieję, że „wiesz co robisz, Boże”, jak śpiewała Edyta Geppert zamiast modlitwy na dobranoc.


Twoja córka Bożena Włodawiec


 

Nikt w związku z bioterapią, uzdrawianiem czy wróżbami nie mówi o zagrożeniach duchowych. Niestety brak wiedzy nie chroni przed konsekwencjami…



Moje życie można by nazwać splotem niesamowitych przypadków i byłaby to prawda, gdyby nie to, że nie ma przypadków. Kiedy weźmiesz do ręki gazetę, to oprócz tego, że dowiesz się, kto zrobił co złego komu i za ile, prawdopodobnie znajdziesz też w niej horoskop. Jeśli włączysz radio, to z całą pewnością usłyszysz, jakie okropności się wydarzyły. Będą informacje o trzęsieniach ziemi, powodziach, napadach, rabunkach i tym podobnych rzeczach. Chwilę potem usłyszysz reklamę wróżki. Wystarczy tylko wysłać SMS z datą swoich urodzin lub imieniem ukochanej osoby, aby poznać przyszłość. Kiedy włączysz telewizor, natkniesz się na filmy fantastyczne, historie o najeźdźcach z kosmosu, czy o czarownicach. Półki księgarń i kiosków uginają się pod ciężarem książek i komiksów o tematyce fantasy. Bohaterowie wyposażeni w nadnaturalne moce biorą udział w nieznanych i niesamowitych wydarzeniach. Jeśli zbyt długo jesteśmy bombardowani takimi treściami, to podświadomie szukamy wytchnienia, odpoczynku. Próbujemy złapać równowagę. Tu na chętnych czeka więc sporo propozycji odreagowania. Można iść na zajęcia z tai-chi, jogi lub zapisać się na różnego rodzaju kursy uczące technik relaksacyjnych czy oddechowych. Wystarczy zerknąć do gazety, popatrzeć na bilboardy lub poszperać w Internecie, aby znaleźć wiele ogłoszeń i propozycji.

Wiem o tym dobrze, bo sama pracowałam w branży ezoterycznej. Oferowałam zajęcia z bioterapii, radiestezji, regresingu, huny, reiki czy tarota. W planach miałam też zajęcia szamańskie połączone z inicjacjami oraz inne, dla tak zwanych bardziej zaawansowanych. Uważam, że gdy prowadzi się interes, to należy go pilnować. Dlatego sama brałam udział we wszystkich zajęciach, „pogłębiałam wiedzę”, no i chciałam mieć kontrolę nad tym, co dzieje się na zajęciach. W końcu wykładowcom płaciłam za prowadzenie zajęć i chciałam wiedzieć, za co płacę. Rezultatem uczestniczenia w zajęciach było to, że kończyłam kursy, praktykowałam i zdawałam egzaminy, między innymi egzamin państwowy na bioenergoterapeutę i tym samym posiadam uprawnienia do wykonywania tego zawodu ważne w całej Unii Europejskiej. Mogłam pracować jako regreser indywidualny i oficjalnie pobierać za to pieniądze. Zostałam również inicjowana na mistrza reiki i posiadam uprawnienia do wykonywania zawodu i pobierania pieniędzy za wykonywane usługi. Jednym słowem oficjalnie i w majestacie prawa mogę wyczyniać różne czarnoksięstwa pięknie nazywane medycyną naturalną, medycyną alternatywną lub bioterapią.

Moja firma rozwijała się bardzo szybko i dynamicznie. W tym czasie, gdy ją prowadziłam, w zajęciach wzięło udział kilkaset osób. Przyjeżdżali z całej Polski i z zagranicy, ze Szwecji, Włoch, Norwegii… Po jakimś czasie zauważyłam, że istnieje spora grupa ludzi uzależnionych od udziału w zajęciach, chodzili na wszystko, co organizowałam. Jestem pewna, że kiedy przestałam je prowadzić, znaleźli inne miejsce z podobnym programem, bardziej lub mniej atrakcyjnym i egzotycznym. Z punktu widzenia prowadzenia biznesu wszystko układało się pomyślnie, wykładowcy chętnie ze mną współpracowali. Uznałam, że znane nazwiska przyciągną klienta, więc pracowałam tylko z najlepszymi, a ponieważ prowadziłam skuteczny marketing i zapewniałam dobre zaplecze, to chętnych było wielu i wszyscy byli zadowoleni.

Zawsze twardo stąpałam po ziemi, a moje praktyczne podejście do życia pomogło mi rozkręcić firmę i trzymać się świata realnego. Nigdy nie uważałam, że coś jest dobre, dopóki nie zobaczyłam pozytywnych rezultatów w praktyce. Ta zasada pozwoliła mi uniknąć wielu pomyłek, niestety nie chroniła przed największym zagrożeniem. Zagrożeniem, o którym nie miałam pojęcia. Nikt w związku z bioterapią, uzdrawianiem czy wróżbami nie mówi o zagrożeniach duchowych. Niektórzy nie informują o nich dlatego, że o nich po prostu nie wiedzą. Inni, kiedy już się dowiedzą, to nie mówią z bardziej złożonych powodów. Niestety brak wiedzy nie chroni przed konsekwencjami. W tym momencie wkraczamy na śliski grunt, bo nawet nie ma jednolitej terminologii na nazwanie tego, czego przez lata doświadczałam. Najczęściej używa się określenia energia. Jest to bardzo pojemne pojęcie, takie nieokreślone w swojej materii. Można czuć energie, można pracować z energiami, takie określenia często się spotyka, ale co to w praktyce oznacza? Teraz zdradzę jedną z największych tajemnic. Uważaj! Nie istnieje nic takiego jak bezosobowe źródło energii. Problem polega na tym, że energie traktowane są bezosobowo. To jest wielkie oszustwo. Wszystkie energie są osobowe, za każdą z nich stoi byt niematerialny lub materialny. Można robić najróżniejsze rzeczy z energiami, tworzyć różnego rodzaju twory, można je zasilać, łączyć, robić inne rzeczy, ale za każdą energią bezpośrednio lub pośrednio stoi byt osobowy. Jeszcze raz powiem - nie istnieje nic takiego jak bezosobowe źródło energii!!! A jeśli to jest prawda, to już wiesz, że dałeś się wmanewrować? Może kontaktujesz się ze świetlistymi istotami pełnymi miłości? Może odbierasz innego rodzaju bodźce, które są fascynujące? Zbyt dużo słyszysz lub widzisz? A może coś zwyczajnie cię pcha w kierunku nieznanego? Jeśli tak jest, to mam dla ciebie złą wiadomość, już jesteś złapany na haczyk, jak ryba, która jeszcze pływa, ale już połknęła przynętę.

Dlaczego osobowość tak zwanych energii jest ukrywana i negowana? Odpowiedź jest prosta - kto przy zdrowych zmysłach, posiadający odrobinę instynktu samozachowawczego godziłby się na terror, wyzysk, gwałt i zranienia, w dodatku mając świadomość, że na końcu tej drogi czeka śmierć i to śmierć wieczna? Czyli wieczny pobyt w miejscu, gdzie słychać płacz i zgrzytanie zębów. No kto? Chyba nie ma takiego, dlatego ta prawda jest głęboko ukryta pod bezpiecznym i niewiele mówiącym określeniem „energie”. Okultyzm rozszerza się w zastraszającym tempie, głównie dlatego, że jest łatwo dostępny i brakuje rzetelnej informacji o zagrożeniach, jakie niesie. Spróbuję trochę naświetlić ten temat. Co to jest byt niematerialny? Nie mówię tu o tworach, ale o bytach. Najłatwiej w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że jest to ktoś taki jak ty lub ja, ale bez ciała. Podkreślam, że jest to bardzo duże uproszczenie. Taki byt posiada osobowość, posiada pamięć, zdolność myślenia i realizowania zamiarów, posiada również cele, do których dąży. A głównym celem jest zniewolenie jak największej ilości ludzi.

Jak się więc dobierają do człowieka? Klasyczne działanie można nazwać taktyką „od ogółu do szczegółu”. To jest metoda stosowana w sprzedaży, bardzo skuteczna. Olbrzymia ilość bodźców i obserwacja, na co osobnik reaguje. W sumie nie ma tego tak dużo, przeważnie ludzi kręcą władza, seks i pieniądze, tyle że różnie opakowane. Czyli wystarczy popracować nad ego człowieka. Gdy delikwent zaczyna czuć, że jest kimś ważnym, wybranym, sugeruje mu się, że ma jakąś misję do spełnienia. Jak nie złapie się na misję, to złapie się na przeznaczenie lub coś równie „atrakcyjnego”, a nie do zweryfikowania. Przede wszystkim chodzi o to, żeby człowiek się otworzył, nieważne, na co. Otworzył to znaczy zainteresował. Zainteresowanie to jak klucz w zamku, wystarczy go przekręcić. A gdy się otworzy, to już popłynął. Na początku płynie spokojnie i łagodnie, rozsmakowuje się w tym, czuje się inny, wyjątkowy, wybrany, ale to tylko początek, potem nurt robi się wartki. Teraz pojawiają się momenty zaniepokojenia, ale nadal jest fajnie i zaczyna być fascynująco. Pojawiają się początki korzystania z „mocy”, ale nurt przyśpiesza, masz świadomość dotknięcia nieznanego. Doznania zwiększają się, intensyfikują, równolegle człowiek zaczyna odczuwać osamotnienie, nie może nikomu powiedzieć, co się z nim dzieje, bo zdaje sobie sprawę, że nikt tego nie zrozumie. A jeśli nie wytrzyma i zacznie mówić, to grozi mu odesłanie do domu bez klamek, gdzie nadal słyszy głosy, ma wizje i tym podobne…

Ponieważ większość ma świadomość niezwykłości doznań, więc milczą, a samotność i izolacja pogłębiają się. Ilość i intensywność doznań zwiększa się lawinowo. Teraz świat duchowy zaczyna być równie realny jak świat materialny, następuje bolesne zetknięcie się z rzeczywistością niematerialną i zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że nie wszystko wygląda tak, jak się wydaje. Ale już od dawna nie ma drogi odwrotu, bo tracisz kontrolę nad swoim życiem. Kładąc się spać, nie wiesz czy się obudzisz, bo w nocy aktywność demoniczna wzrasta. Dzieją się różne rzeczy, o których, możesz mi wierzyć, wolisz nie wiedzieć. W dzień też nie jest lepiej, narastają presje, podejmujesz wysiłki, by złapać chwili spokoju, a jedynie wikłasz się w coraz większe problemy. Jesteś tym tak pochłonięty, tak zakręcony, że masz tylko przebłyski jasności myślenia. Jednak przeważnie wydaje ci się, że jesteś sprytny, bystry i przebiegły, że sobie poradzisz. Prawda natomiast jest taka, że skoro dotrwałeś do tego momentu, to dlatego, że ktoś się o ciebie modlił. Modlił się, wstawiał i cię błogosławił. Miałeś szczęście, że przeżyłeś, że nie zostałeś wyssany z ciała. Szczęście, że nie zostałeś zmuszony do popełnienia samobójstwa. Szczęście, że niespodziewanie nie dostałeś zawału czy udaru. Szczęście, że twoje życie nie zostało przerwane w sposób nagły i niespodziewany. Masz szczęście, że Bóg jeszcze pozwala ci żyć.

Dostęp do wiedzy tajemnej jest powszechny, ale i dostęp do słowa Bożego jest zdecydowanie łatwiejszy, walka duchowa trwa. Jest to dziwna walka, bo wiadomo, kto jest zwycięzcą. Bóg jest Bogiem i nikt i nic nie jest dla Niego konkurencją. Ta walka trwa dla ludzi, dla Boga to nie jest walka, Bóg może w każdej chwili powiedzieć, że nabór do Jego królestwa jest już zakończony. Czas łaski trwa, a człowiek jako mający wolną wolę może wybrać życie wieczne. Wystarczy, że z głębi serca zawoła: „Panie Jezu, ratuj! Jezusie Chrystusie, oddaję Tobie moje życie, pragnę byś był moim Zbawicielem”. Jeśli wołanie jest szczere, to wystarczy. Bo On, Jezus Chrystus, jest drogą, prawdą i życiem i nikt nie przychodzi do Boga Ojca inaczej, jak tylko przez Niego. Gdy następuje ożywienie ducha, masz życie wieczne. Sedno sprawy tkwi w tym, żebyś miał ożywionego ducha. Gdy pierwsi ludzie okazali nieposłuszeństwo i zostali usunięci z ogrodu Eden, wydarzyło się coś jeszcze. Połączenie duchowe, jakie mieli z Panem Bogiem zostało przerwane, można o tym przeczytać w pierwszej księdze Starego Testamentu. Zostało ono przywrócone dzięki ofierze Jezusa Chrystusa, a o tym mówi Nowy Testament.

Zanim ta prawda stała się dla mnie oczywista, przeszłam długą i bardzo krętą drogę. Trudno powiedzieć, od kiedy moje spotkanie z nieznanym się zaczęło, ale pierwsze nawiedzenie demoniczne, z jakim się zetknęłam, wywarło na mnie ogromny wpływ. Miało to miejsce po 3-dniowym szkoleniu przeprowadzonym przez renomowaną firmę szkoleniową, która zajmuje się szkoleniem kadry menedżerskiej średniego i wysokiego szczebla na całym świecie. Jestem przekonana, że prowadzący doskonale wiedział, co robi i jakie są tego konsekwencje. Wiedziałam, że coś się stało i nie potrafiłam sobie z tym poradzić, nie miałam do kogo się zwrócić, ani z kim porozmawiać. Uciekała ze mnie siła i chęć do życia, nie potrafiłam się cieszyć ani śmiać, wiedziałam, że stało się coś bardzo niedobrego. Potem zachorowałam i wylądowałam w szpitalu z rozpoznaniem przepukliny rdzeniowo-kręgowej L-4/L-5. Lekarze szykowali mnie do operacji, bo jest to jedyna metoda leczenia.

Do szpitala przyjechał bioenergoterapeuta i wykonywał zabiegi. Wbrew logice wypisałam się ze szpitala na własne żądanie. Po tych zabiegach doznawałam ogromnego przypływu energii, wszystko we mnie buzowało. Nie spałam, nie jadłam, wszystko we mnie chodziło. Bioterapeuta zaproponował, że będzie mnie uczył. Ćwiczyłam różne formy medytacji, uczyłam się wchodzenia w różnego rodzaju odmienne stany świadomości. W międzyczasie byłam inicjowana, do końca nie wiem w co. Miałam indywidualne lekcje, bardzo intensywne i trwające całą dobę. Ćwiczyłam najróżniejsze rzeczy. Duże wrażenie na mnie zrobiło, gdy po raz pierwszy doświadczyłam eksterioryzacji. Jest to często opisywane przez ludzi doświadczających śmierci klinicznej. To szczególne uczucie, gdy połowa ciebie jest w ciele, a połowa już wyszła. Masz wtedy czucie do pasa, a nogi są bezwładne. Od czasu tego doświadczenia zastanawiam się, ilu ludzi leży w śpiączce tylko dlatego, że nie mogą wrócić do ciała.

Przechodziłam przez różne szczeble wtajemniczenia, ten człowiek robił ze mnie czarownicę, a ja ochoczo na to się godziłam. Oczywiście nie padło słowo „czarownica”. Uważałam, że robię dobrze, bo potrafiłam leczyć, robiłam operacje falowe i fantomowe. Gdy po raz pierwszy wyciągnęłam kręgosłup, zdziwiłam się, że jest taki ciężki. Praktykowałam wiele technik, które nawet w świecie bioterapeutów uznawane są za unikatowe.

Rozpoczęłam pracę jako bioenergoterapeuta. Jednego dnia, gdy zakończyłam przyjęcia i usiadłam do medytacji oczyszczającej (wszyscy zajmujący się magią ciągle się oczyszczają), usłyszałam głos, który zapytał: „A kto ci na to pozwolił?”. To było jak grom. Te słowa, mimo że wypowiedziane łagodnie, miały ogromną moc. Wstrząsnęły mną tak bardzo, że w środku trzęsłam się jak galareta. Doskonale wiedziałam, o co temu głosowi chodziło.

Następnego dnia zadzwonił do mnie jeden z wykładowców, z którym współpracowałam. Spotkaliśmy się, a on, człowiek, którego znałam jako wykładowcę tarota, opowiadał mi o Jezusie Chrystusie… Tego samego dnia kupiłam Pismo Święte i dopiero wtedy siły nazywane energiami zaczęły pokazywać, kim naprawdę są. To był trudny okres. Ogromne presje, odcięcie energetyczne. Następnego ranka, gdy zaczęłam czytać psalmy, obudziłam się w kałuży krwi, nie miałam siły chodzić, byłam jak ciężko chory człowiek. Musiałam podjąć decyzję: co dalej? W najbliższy piątek miałam pojechać na indywidualne nauczanie do jednego z bioterapeutów, z którym chciałam rozpocząć współpracę. W tym samym czasie zostałam zaproszona do udziału w konferencji, na której miałam dowiedzieć się, jak wyjść z tego, w czym tkwiłam, miejscem konferencji było seminarium baptystyczne w Radości. Targały mną ogromne emocje, musiałam dokonać wyboru i ciągle nie wiedziałam, co robić. Miałam świadomość, że obecna droga, którą idę, kończy się i muszę skręcić albo w prawo, albo w lewo. Miałam świadomość, że nie mogę uciec od podjęcia decyzji, i nie wiedziałam, co robić. Jeszcze w piątek rano nie wiedziałam, gdzie pojadę. Ostatecznie pojechałam do Radości.

Od tego momentu zaczął się proces zdrowienia. Nie sam udział w konferencji, nawet nie to, co tam było powiedziane, nawet nie ludzie, których tam poznałam, ale wspomnienie tego głosu, który do mnie przemówił: „A kto ci na to pozwolił”. Głos nie był jakiś niezwykły, ale jego siła była powalająca. To mną wstrząsnęło, bo z tym, kto tak przemówił, się nie dyskutuje.

Pierwszy krok w procesie zdrowienia, to podjęcie decyzji, że się chce. U mnie była to decyzja o udziale w spotkaniu w Radości. Kolejną była decyzja o wycofaniu się z prowadzenia firmy. Gdy zamykałam firmę, rozmawiałam z wykładowcami i byłam mocno zaskoczona, że każdy wiedział! Nawet usłyszałam radę: „Nie warto próbować odchodzić, to bardzo boli” i że jest to droga tylko w jednym kierunku. Czytaj -  wprost do piekła. Była to dobra rada dla kogoś, kto próbuje wyswobodzić się własnymi siłami, bo siły demoniczne mają tysiące lat doświadczeń w dręczeniu i zadawaniu bólu. Ale ja już nie byłam sama. Rzeczywistość duchowa wokół mnie zaczęła się zmieniać, mimo to ciągle miałam wielkie pomieszanie. Regularnie uczęszczałam na spotkania zorganizowane specjalnie dla nas, uczestników konferencji, a co niedziela przyjeżdżałam na nabożeństwa do Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan. Powoli zaczęły do mnie docierać treści prawd duchowych, o których coś tam wiedziałam, bo przecież każdy wie, że był ktoś taki jak Jezus. Wszyscy chyba wiedzą, że Jezus jest synem Boga, że przyszedł na świat, a przez śmierć na krzyżu wziął wszystkie, to znaczy też twoje i moje, grzechy i że zmartwychwstał trzeciego dnia. Zmartwychwstał, czyli żyje! Siedzi po prawicy Boga Ojca i jest żywy. Skoro jest żywy, to znaczy, że można z Nim mieć relację. I to jest to, co czyni chrześcijaństwo niezniszczalnym.

W tym okresie walka o mój umysł przeszła jakby w stan uśpienia, niewiele się działo, zabijałam czas przez namiętne granie w brydża przez Internet, trochę pracowałam. Czułam się zawieszona w czasoprzestrzeni i ciągle miałam różne dziwne pomysły. Jakoś na brak pomysłów nigdy nie mogłam narzekać. Gdy w styczniu wyszłam na dwór, na spacer, poślizgnęłam się i upadałam, uderzyłam tyłem głowy o lód. To było niesamowite, leśna pusta droga, zupełnie jakby ktoś złapał mnie za kostki u nóg i trzepnął moją głową o lód. Straciłam na chwilę przytomność. Gdy wróciłam do domu, chciałam się położyć i w tym momencie pojawił się wir, coś jak trąba powietrzna, i chciało mnie to wyssać z ciała. Przez lata ćwiczyłam walki astralne, więc zaczęłam się bronić, ale czułam, że moja siła jest znacznie mniejsza od tej, która mnie wysysa. Zawołałam: „Jezusie ratuj!”. I nagle wszystko się uspokoiło.

Potem przyjechał mąż i zawiózł mnie do szpitala, przyjęli mnie, bo miałam wstrząs mózgu z utratą świadomości. Byłam tam trzy dni i cały ten czas płakałam. W czasie pobytu w szpitalu Pan Jezus po raz pierwszy pokazał, że jest ze mną. W czasie ostrego dyżuru przywieziono dwie kobiety w stanie naprawdę ciężkim, zaproponowałam im, że się pomodlę. Modliłam się prostymi słowami, jakie przychodziły mi do głowy, sala szpitalna rozjaśniła się, ciepła Boża obecność spłynęła, a stan chorych niespodziewanie poprawił się.

Po wyjściu ze szpitala wiedziałam, że muszę jak najszybciej przed wspólnotą ogłosić, że wyznaję Jezusa Chrystusa jako swojego osobistego zbawiciela. Zrobiłam to w najbliższą niedzielę. Następnie przyjęłam chrzest. Proces oczyszczania trwa cały czas, najpierw Pan pokazał mi ludzi, do których miałam żal, pretensję, ludzi, którzy wyrządzili mi krzywdę. Było mi bardzo trudno wybaczyć. Każdemu po kolei. Ale Pan powiedział, że odpuści nam nasze winy, jak i my odpuścimy naszym winowajcom. Wybaczenie to jest akt woli, resztę robi Pan Bóg. Uczucie, jakiego doświadczasz po tym, jak wybaczysz, jest warte przełamania się. Już przestaje uciskać coś, co przez lata przytłaczało. Już wspomnienie nie boli. Spotkania dla uczestników konferencji zakończyły się, więc zaczęłam przyjeżdżać na spotkania modlitewne. Modlitwa bardzo mnie intrygowała. Gdy zajmowałam się magią, bardzo dużo się modliłam. Od razu zorientowałam się, że moje dotychczasowe modlitwy różniły się przede wszystkim adresatem, więc żeby mieć pewność, do kogo się modlę, każdą modlitwę adresowałam. Mówiłam na wstępie tak jak w Biblii: „Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba…”.

W tym czasie moje największe obawy dotyczyły tego, żebym znowu gdzieś nie dała się zwieść, żebym znowu gdzieś nie odeszła i żebym gdzieś nie przepadła. Dlatego modliłam się o wiarę tak silną, abym nie odpadła. Prosiłam też o rozróżnienie, co pochodzi od Boga, a co nie. Modliłam się o to, bo już nigdy nie chciałam wracać do tego, co było. Świadomie nigdy bym nie wróciła, ale duchy zwodnicze mają tysiące lat doświadczeń i są tak przebiegłe, że trudno się połapać. Wiem coś o tym.

W tym czasie moi znajomi zaczęli się odsuwać. Wcześniej dostawałam ok. 100 życzeń na każde święta, teraz ilość nagle spadła do dwóch czy trzech. Powoli zaczęłam być niewidzialna. Natomiast zaskakujące jest to, że nie czułam się osamotniona, wręcz przeciwnie, ilość przerodziła się w jakość.

Moje dolegliwości kręgosłupowe zaczęły dawać o sobie znać, rwa kulszowa wyraźnie pogrubiała, stopa zaczęła się przykurczać, nie byłam w stanie wyprostować palców u nogi. Czułam się zdezorientowana. Byłam czarownicą i nie miałam w tym czasie nawet kataru, teraz jestem po stronie Boga, czyli siły zdecydowanie silniejszej. Bo Bóg jest stworzycielem i to On stworzył człowieka, stworzył też diabła. Jest stworzycielem, więc wszystko może. To dlaczego ciągle mi coś dolega? Wróciła choroba kręgosłupa, myślałam: „Przecież nie pojadę do byłego kolegi szamana, żeby zrobił mi zabieg”. Modliłam się więc o uzdrowienie. Pan Jezus odpowiedział na moją modlitwę i zdjął ze mnie coś, co można porównać do balonu, na wysokości kręgosłupa poczułam lekkie szarpnięcie, a potem z ust wyleciało całe mnóstwo bąbelków, jakby bańki powietrza puszczane pod wodą. Wraz z tymi „bąbelkami” uleciało coś, co uznałam za moją skłonność do nałogów i grzechu. Nie będę pisała, jakie miałam skłonności, ale to już przestało mnie poruszać. Zostałam uwolniona po raz kolejny i uzdrowiona. Od tego wydarzenia nie mam żadnych problemów z kręgosłupem. Pan Jezus nigdy się nie spóźnia. Mnie często się wydaje, że coś trzeba już, natychmiast, ale Pan Jezus ma swój czas i nigdy, ale to nigdy, się nie spóźnia.

Od tego momentu mogę powiedzieć, że przestałam uciekać „od” a zaczęłam iść „do”. Na przykład przed snem już nie prosiłam Pana Jezusa, żeby mnie chronił, a zaczęłam prosić, abym mogła Go poznawać bardziej. Bardzo trudno było mi zaakceptować, że nie muszę się sama bronić, nie muszę się bać, nie muszę o każdą rzecz prosić. Od wiedzy do wiary czasem jest daleko. Uczę się coraz większego zaufania do Niego. Dzisiaj już wierzę w to, że Pan mnie strzeże i będzie mnie strzegł jak źrenicy swego oka, bo tak powiedział, a Jego słowo jest tak i amen.

Od pierwszych dni, gdy zaczęłam przychodzić do kościoła, zaczęłam się modlić o córki i męża. Modliłam się z całą determinacją, na jaką mnie było stać. Oparłam się na obietnicy, że będę zbawiona ja i dom mój. Pierwsze do serca przyjęły Pana Jezusa córki, a dwa lata później mąż. Teraz cała rodzina jest w Panu. Wiem, że bez względu na to, co się stanie, wszyscy mamy życie wieczne. Chwała Panu.


Iwona Wawulska


 

Mam na imię Jola. 12 lat temu przeżyłam zwrot w swoim życiu. Był to dla mnie trudny okres. Okres bólu i cierpienia. Czas żałoby po śmierci mojej niespełna 16-letniej córki, która zmarła po trzech latach walki z chorobą.

Kasia zachorowała, gdy jako rodzinie nieźle się nam wiodło. I dlatego wcześniej nie szukałam Boga, bo przecież nie był mi potrzebny... Podczas choroby Kasi nie dopuszczałam do siebie myśli, że ona może umrzeć - zawsze była taka energiczna, silna, zdrowa i pełna życia... Ale stało się inaczej. Najtrudniej było mi pogodzić się z tym, że po śmierci nie ma już nic... Pustka. Po prostu był człowiek i go nie ma.

Podczas chrześcijańskiego obozu letniego, na który pojechałam za namową młodszej córki, Małgosi, odnalazłam Boga. A raczej to On mnie odnalazł. Zaraz po moim nawróceniu poczułam ogromną ulgę, jakiś dziwny pokój w duszy i radość, chociaż serce nadal łkało. Przespałam pierwszą spokojną noc i przeżyłam pierwszy poranek bez poczucia smutku.

Wiem teraz, że śmierć Kasi nie była daremna, że wypełniła ona swoje zadanie tutaj na ziemi. A przede wszystkim wierzę, że Kasia żyje. Jej duch żyje w Bożym Królestwie i tam się kiedyś spotkamy. Jestem wdzięczna Bogu za to, że dał Swojego Jedynego Syna, aby zmarł za moje grzechy. Jestem Mu też wdzięczna za to, że ukoił mój ból i dał mi nadzieję i pewność, że w naszym życiu nic nie dzieje się bez powodu. I każdy z nas ma jakieś zadanie do wypełnienia tu na ziemi - ja też. Dziękuję Bogu za to, że choroba Kasi i jej śmierć to nie była kara, lecz moja droga do zbawienia. Do tego, aby zwrócić swój wzrok na Jezusa.


Jola



Zwróć swój wzrok na Jezusa, gdy gniecie cię troska i krzyż.

On ciężary zdejmie twe, ulży ci, tylko wierz i do Niego się zbliż!


Śpiewnik Pielgrzyma, pieśń nr 469, IV zwrotka


 

nie jest ważne, czy przewidziałeś deszcz; ważne, czy zbudowałeś arkę


Chcę podzielić się z Wami moją historią. Jest to opis jednego z wydarzeń, które pokazało mi, w jaki sposób Bóg zadziwiająco, zaskakująco i zupełnie nieoczekiwanie używa swojego malarskiego pędzla…



ZIELEŃ NADZIEI ZMIESZANA Z POMARAŃCZĄ ZŁOŚCI


Wszystko zaczęło się w listopadzie 2008 roku, kiedy razem z mężem dowiedzieliśmy się, że jestem w drugiej ciąży (mieliśmy już córeczkę Weronikę). Bardzo się z Piotrem ucieszyliśmy. Były co prawda małe komplikacje - na macicy umiejscowiła się torbiel - ale z tygodnia na tydzień zmniejszała się i lekarz zalecał mi odpoczynek, radził nie panikować, bo torbiel nie zagrażała ciąży. Tym, że spodziewamy się dziecka, podzieliłam się z moją przyjaciółką Moniką. Poprosiłam, by pamiętała o nas w modlitwie, i jakież było moje zdumienie (i... złość), gdy kilka dni później zadzwoniła do mnie i powiedziała: Wiesz, kiedy modliłam się o ciebie, Bóg powiedział do mnie: „Ta ciąża będzie trudna, ale dziecko będzie zdrowe”. Byłam zła na Monikę, że mówi mi takie rzeczy, że mąci mój spokój, którego potrzebowałam jak każda przyszła mama. Postanowiłam o tym nie myśleć, zwłaszcza że wspomniane przez Monikę trudności kojarzyłam z torbielą, która się przecież zmniejszała.


BŁĘKIT SPOKOJU


Mijały dni, tygodnie. Ciąża przebiegała prawidłowo, dziecko rozwijało się dobrze 27 kwietnia, w 27. tygodniu ciąży (6. miesiąc) zapisałam się na bardzo precyzyjne USG, na którym można ocenić dokładnie stan dziecka. Podczas badania najpierw zobaczyłam zaniepokojoną twarz lekarza. Potem usłyszałam: Nie jest dobrze, dziecko jest za małe, ma zwłaszcza za mały brzuszek, jego wymiary wskazują na 23/24 tydzień ciąży, waży zaledwie 650 gramów. Potem było jeszcze gorzej: Pani łożysko jest w bardzo złym stanie, ma III stopień dojrzałości, wygląda na 33. tydzień ciąży; poza tym ma pani nieprawidłowe przepływy, brak fal D w pępowinie i dlatego płód się nie rozwija. Musi się pani jak najszybciej skontaktować ze swoim lekarzem prowadzącym, bo najprawdopodobniej trzeba będzie szybciej niż planowano rozwiązać tę ciążę.

Dwa dni później byłam w szpitalu, gdzie zrobiono mi ponownie USG, które potwierdziło pierwszą diagnozę. Usłyszeliśmy z Piotrem, że będzie trzeba przerwać ciążę, gdyż jej kontynuowanie grozi zgonem wewnątrzmacicznym. Jednak nikt nie dawał nam gwarancji, że nasz syn urodzi się żywy, że przeżyje kolejne dni, ani tym bardziej, że będzie zdrowy. Powiedziano nam, że nawet jeśli Szymek przeżyje, to jakość jego życia będzie bardzo zła (może nie widzieć, nie słyszeć, mieć porażenie mózgowe itd.). Oczywiście nie spodziewaliśmy się takich wiadomości. Pojawiły się łzy, których nie sposób było powstrzymać. A jednak dominowała jedna myśl: Wiem, komu zaufałam. Ciągle ja powtarzałam. Zasypiałam z tą myślą i budziłam się z nią co rano. Momentami miałam wrażenie, że postradałam zmysły - miałam w sobie tak niewyobrażalny pokój, tak wielkie zaufanie, zupełnie nieprzystające do tej sytuacji, z ludzkiego punktu widzenia przecież tak dramatycznej. Ja jednak wiedziałam, że jestem z Szymkiem w najlepszych, bo boskich rękach, że On ma nad całą sytuacją kontrolę, że nawet włos z głowy nam nie spadnie, jeśli Bóg na to nie pozwoli. Ogromnym wsparciem dla mnie i mojego męża była modlitwa bliskich nam ludzi z kościoła  dzień przed operacją.


SŁONECZNY ŻÓŁTY


I tak 4 maja przyszedł na świat nasz syn – Szymon Jan. Imiona nieprzypadkowe – Szymon oznacza w języku hebrajskim PAN WYSŁUCHAŁ, a Jan - PAN JEST ŁASKAW. Szymek ważył tylko 650 gramów, miał 32 cm wzrostu. Ponieważ nie miał rozwiniętych płuc, w drugiej dobie życia został zaintubowany i przez 10 dni oddychał przez respirator. Pierwszego dnia po porodzie lekarz prowadzący Szymka powiedział: Pani syn ma mniej niż 50 procent szans na przeżycie. Wśród dzieci z masą urodzeniową poniżej 1 kg tylko troje na 10 przeżywa. Pomyśleliśmy, że lekarze mają swoje statystyki, a dobry Bóg ma swoje plany i zamierzenia.

W szpitalu Szymek spędził 82 dni. Dla nas były to z jednej strony dni trudne i wyczerpujące, z drugiej zaś doświadczaliśmy niesamowitego, nieziemskiego wzmocnienia od Boga. Zadziwiało mnie to, że jestem… szczęśliwa. Tak, właśnie szczęśliwa. Pomimo tego, co widziały moje oczy. Bóg posyłał do nas cudownych ludzi, którzy wspierali nas swoimi modlitwami, listami, obecnością i chęcią pomocy. Postawił na naszej drodze doświadczonych, mądrych lekarzy. A przede wszystkim dawał nam odczuć swoją nieskończoną troskę i miłość. W Jego obecności wiedzieliśmy, że nic nie może nam się stać, że razem z Nim możemy przejść przez wszystko. Bez względu na diagnozy, bez względu na to, co czeka nas następnego dnia. Dzięki Jezusowi mogliśmy w tym trudnym okresie śmiać się z naszą córką, ufać i ze spokojem oraz radością patrzeć w przyszłość. Śmiem twierdzić, że bez Niego nie bylibyśmy w stanie normalnie funkcjonować. I choć momentami, czasem godzinami czy dniami, cały obraz robił się szary, to Jezus jednym zamaszystym ruchem pędzla rozświetlał go na nowo.


BIEL ZAUFANIA


Dzisiaj Szymek ma prawie rok. Żadna z przewidywanych dla wcześniaków chorób nie ujawniła się. Po drodze przeżyliśmy małe i wielkie cuda i błogosławieństwa, ale to już zupełnie inne historie z inną paletą barw. Alleluja! Szymek jest bardzo pogodnym, radosnym, małym człowiekiem. Raczkuje po całym mieszkaniu, najbardziej lubi słodkie kaszki, obiadkami zazwyczaj pluje. Ma duże, mądre oczy. Takie oczy, w których chyba przegląda się całe niebo. Wierzę, że kiedy był w szpitalu, nie był tam sam, że w inkubatorze za rękę trzymał go sam Jezus. To stąd w nim teraz tyle radości i pokoju.

nie jest ważne, czy przewidziałeś deszcz; ważne, czy zbudowałeś arkę - nie przewidziałam deszczu, który na nas spadł. Ale miałam arkę. Moją arką jest Jezus Chrystus. Bez Niego zatonęłabym. I nie zobaczyłabym już nigdy cudownej poburzowej tęczy…




Agnieszka Wróbel

sowinskawrobel@gmail.com